Odejścia i powroty. Odcinek 8.

Wiele tajemnic pozostanie w moim sercu niewypowiedzianych. Jak w rodzinie ukochanej, z której nie wynosi się wszystkiego. To, co opowiem, dotyczy mnie i mojego doświadczenia. Nie piszę po to, by coś zdradzić, zdemaskować czy odrzucić. Po to raczej, by objawić siłę miłości większej niż ból i uczucie odrzucenia. W pozornie niesprawiedliwych wyrokach odkryć miłosierdzie. Ukazać, że pomimo cierpienia jest nadzieja. Czasem przychodzi ona dość późno ale zawsze w najlepszym momencie dla nas.

Moje przygotowania do modlitwy tzw. „pięciu kluczy” Neala Lozano polegało nie tylko na „zwyczajnym” przeczytaniu książki, ale przede wszystkim na odkrywaniu w niej odniesień do swojej życia. To otwieranie starych i nowych zakamarków serca i pamięci pozwoliło w niezwykle intensywny i bogaty sposób przyjrzeć się sobie i swojej historii życia. Postarać się dostrzec w niej to, co najistotniejsze. Spojrzeć na nią oczami kochającej osoby, która z troską pochyla się nad każdą raną by ją uleczyć. Pragnie ją odsłonić, by potem zalać oliwą pocieszenia i uzdrowienia.

Modlitwa uwolnienia „pięciu kluczy” Neala Lozano niektórym osobom może się kojarzyć z egzorcyzmem lub z nieszczęściem opętania. Jednak niewiele ma ona z tym wspólnego. Na pewno nie na tym ona polega.

Te tajemnicze „klucze” oznaczają pięć kroków w modlitwie. Każdy z nich otwiera kolejny „zamek” zaryglowanych drzwi naszego serca, ku wolności i radości Bożego dziecka. Czasem bowiem pozamykamy się tak szczelnie budując warownie we wnętrzu, że nie potrafimy otworzyć się nie tylko na Boga, ale i doświadczanie własnego szczęścia czy akceptacji szczęścia innych.

Na czym polegają kolejne etapy?

1. Wyznanie wiary. Jest uznaniem Jezusa Chrystusa za swojego Pana. To okazja do powierzenia Jemu swojego życia, powiedzenia w prostych słowach o swej ufności i nadziei. To ważny krok, który w wielu świadectwach przewija się jako moment kluczowy. Nie panujesz nad swoim życiem? Powierz je ze wszystkim Jezusowi. Zapewniam Cię, że ON najlepiej wie, co z nim uczynić.

2. Przebaczenie (sobie i innym). To dość trudny moment. Konieczne jest bowiem przywołanie w pamięci tych wszystkich, nawet najmniejszych wydarzeń, w których czuliśmy się zranieni, odrzuceni, poniżeni, nie kochani. Wszystkie osoby, które uczyniły nam krzywdę, teraz chcemy otoczyć przebaczeniem. Początkowo niewykonalne. Jednak gdy zdamy sobie sprawę, że to do nas należy decyzja i to nasze „chcę” jest najistotniejsze – by rozpocząć proces, jakim jest przebaczenie – pomimo trudnych emocji staje się to o wiele prostsze. Istotą przebaczenia jest tutaj pozwolenie sobie najpierw na wspomnienie bólu i osoby, która skrzywdziła. Następnie na wypowiedzenie głośno słów „W imię Jezusa przebaczam… (co i komu)”. Czyli nie swoją siłą czy gestem heroiczności. Pomimo bólu decyduję się na przebaczenie, ale to Bóg przebacza i do Niego należy cały najważniejszy trud. My tylko czerpiemy z tego, co ON daje, po to, by być już wolnym od niszczącej siły złych uczuć i wspomnień.

Ja miałam wiele do przebaczenia. Jedne słowa wypowiadałam w miarę spokojnie, inne grzęzły mi gdzieś w gardle. Przyszedł moment, w którym zamilkłam. Przebaczyć sobie… to było najtrudniejsze! Tyle spraw, błędów, zmarnowanych szans i jawnego zła. Teraz mam to wszystko przebaczyć. Wiedziałam, że to konieczne, by iść dalej, by w ogóle żyć, ale czy możliwe? Czy jestem w stanie to wypowiedzieć? Opór trwał. Emocje rozkołatały moje serce. „Dobrze. Wybaczam, nie swoją, ale Twoją mocą Jezu…”.

3. Wyrzeczenie się złego. To moment, w którym chcę powiedzieć „nie” dla zła i wszelkich zniewoleń. Nie chodzi jednak tylko o te dotyczące przykazań, są bowiem także inne podstępne i szkodliwe przyzwyczajenia, które niszczą tak samo mocno.

Wyrzec się między innymi kłamstwa. Kłamstwa w myśleniu o sobie, ciągłego dobijania siebie lub innych, poniżania czy niedoceniania. Kłamstwa, że wszystko powinnam sama, że sama powinnam ze wszystkim dać radę. Że jestem niepotrzebna, niezaradna i niezdolna do życia… że nikt mnie nie potrzebuje i nie kocha… że nic mi nie wychodzi, że przegrałam życie… Tak wiele tego.

Wyrzec się ciągłego czekania na pochwały, poszukiwania w innych oparcia, poprawiania innych i chęci by to oni się zmienili. Rezygnacja z egoizmu, skoncentrowania na sobie, swoich potrzebach i nadziejach. Relacji, które mnie niszczą. Wspomnień, które nie pozwalają zapomnieć. Przeszłości i chęci jej zmiany. Wyrzec się przyszłości, chęci panowania nad nią.  Wyrzec się tego wszystkiego, co nie pozwala żyć i nawet nie wiem, jak to nazwać.

I znów stanęłam jakby przed murem swego serca. Życie, moje życie… teraz mam się wyrzec chęci panowania nad nim. A co najtrudniejsze – przyjąć je ze wszystkim. Pozwolić sobie żyć. To był korzeń który odkryłam. Gdzieś głęboko we mnie nie dawałam sobie prawa  do życia. Nie chciałam sobie go dać. A teraz miałam się wyrzec, zrezygnować i podjąć walkę. Nie mogłam wymówić słowa. Żadna siła zdawała się mnie do tego nie zmusić. Jakiś okropny stan niemocy. Myśleliśmy, że już nie ruszymy dalej, że to zbyt trudne, że nie umiem, że… przegrałam. Wtedy jeden ze wystawienników (tzn. osoba która towarzyszy w czasie modlitwy) zaproponowała, bym uklękła (z powodu długości modlitwy raczej odbywa się ona na siedząco). Uklęknęłam, a ona się dalej modliła.

Starałam się… naprawdę, ale to było jakbym nagle musiała podjąć cały ten ciężar swojego życia, a zdawało się, że łatwiej jest go odrzucić, rezygnując z walki. Po dłuższej chwili poczułam, że jednak mogę wypowiedzieć te słowa. Z wielkim trudem,  choć bez przekonania. Raz, drugi… z oka popłynęła mi jedna łza.

4. Złamanie mocy złego. W tej chwili wszystko co zostało wypowiedziane jest oddawane Jezusowi, by to On sam złamał wszelką moc zła i oddalił je od modlącego.

5. Błogosławieństwo Boga Ojca. Prowadzący modli się o przyjęcie błogosławieństwa Boga Ojca i uprasza potrzebne łaski Ducha Świętego do dalszej współpracy z Bogiem dla osoby, która poprosiła o modlitwę.

Zaraz po modlitwie i długo jeszcze po niej czułam się bardzo dziwnie. Tak, jakby ktoś ściągnął znad mojej głowy szklany, potężny klosz. Czułam się wolna i oczyszczona. W jednej chwili odeszły niepokojące uczucia i myśli. Byłam przemieniona i nie wiedziałam, jak się odnaleźć w mojej nowej skórze. Całe życie taka, a teraz… inna. Nie znałam takiego stanu i nie bardzo mogłam sobie znaleźć miejsce. Czułam, że potrzebuję w tym jakiegoś nakierowania i nauki budowania od podstaw. To było naprawdę dziwne uczucie. Jakbym straciła część siebie, w każdym razie sporą część tego, co uważałam za mnie.

Dni w klasztorze mijały i nadszedł dzień standardowej rozmowy z mistrzynią w czasie jednego z miesięcznych dni skupienia. Byłam nastawiona pozytywnie. Chciałam z radością opowiedzieć o wszystkim. Podzielić się planami i nadzieją jaka pojawiała się w sercu. O tym, jak jest inaczej, jak jest teraz. Wiedziałam, że konieczne będzie poruszenie tematu najważniejszego – mojej obecności w zgromadzeniu.

Rozmowa rozpoczęła się życzliwie. Po kilku moich spontanicznych radościach i rozpoczęciu dzielenia usłyszałam, że chyba o czymś zapominam… że przecież nie mogę pisać prośby o śluby, że nikt mnie nie dopuści do nich i najważniejsze teraz jest to, by zastanowić się, co zamierzam dalej robić.

To było jak potężne uderzenie młotem w serce. W swej naiwności wciąż trwałam w nadziei, że zostanę wysłuchana, że będę mogła się podzielić tym, co jest teraz, a nie rozpamiętywać to, co było. Przeszłość jednak – jak się okazuje – ma dla innych nieraz większe znaczenie, niż dla nas. Według niej tworzony jest obraz osoby, według niej kształtowane są opinie i decyzje. „Teraz” bywa często takie… niemożliwe.

Byłam złamana i rozpłakałam się. Poczułam się jak dziecko, któremu odebrano coś najcenniejszego i jest ono całkowicie bezradne wobec tej decyzji. Gdzieś w tle słyszałam tylko, że jestem zbyt wrażliwa, nie udźwignę wielu trudów, że to dla mojej ochrony, że to lepsze… Nieważne, że łamało mi się serce, że czułam wydzierane z niego największe pragnienie i jakby kradziono mi sens życia.

Prośbę mimo wszystko pisałam, ale tym razem nie byłam niczego pewna. Czekając na odpowiedź trwałam w prostym rytmie życia codziennych wydarzeń. Nawet szczęśliwa, choć świadoma, że zaraz może mnie tu nie być. Nagle wiele trudnych relacji przemieniło się w bardzo cenne i życzliwe. Wcześniejsze przeciwności ustępowały zarówno we mnie, jak i w około. Coś się istotnie zmieniało i trwale zmieniałam się ja. Zdawałam się być dojrzalsza, spokojniejsza. Wola Boża pracowała we mnie, a ja uczyłam się z nią zgadzać, a przede wszystkim rozpoznawać w trudnych wydarzeniach życia.

Potem otrzymałam odpowiedź. Nie zostałam dopuszczona do złożenia kolejnych ślubów zakonnych.

W milczeniu wracałam do pokoju. Tam już pozwoliłam sobie zanieść się łzami. Moje drogie siostry nie dowierzały. Jedne mówiły, że to jakaś okropna pomyłka, a inne radziły odwołać się od decyzji. Początkowo nie chciałam tego robić. Potem jednak postanowiłam zamiast odwołania napisać do Matki Generalnej list, w którym opisałam swoją historię przemiany i to, jak ja ją widzę. Nie spodziewałam się za wiele. Później jeszcze rozmawiałyśmy, ale odpowiedź była ta sama.

To były najtrudniejsze dni w moim życiu. Gdy pomyślę jak bardzo złamano mi serce, niemożliwe po ludzku zdawało się jego odrodzenie. Nosiłam ukochany habit i krzyż, ale wiedziałam, że za kilka tygodni będę musiała je ściągnąć.

Rozstania, odejścia, nie są proste. Zostawiamy ślad swej obecności wszędzie, gdzie się pojawiamy. Wiem, że pozostałam w sercach wielu sióstr, a i one na zawsze będą mi bliskie. Wszelkie nieporozumienia, niewyjaśnione rozmowy czy relacje wobec trudnych doświadczeń zostają przemienione i nabierają innego wymiaru i nowych znaczeń. Czas objawia, co było najważniejsze. W tym wszystkim okazuje się, że tylko miłość prawdziwa może uleczyć duszę.

Po opuszczeniu zgromadzenia jakiś czas błąkałam się po kilku miastach w Polsce nie widząc za bardzo, gdzie mam zacząć na nowo. To „na nowo” zdawało mi się początkowo tak ironiczne i okrutne, że nie pozwalało jeszcze przez jakiś czas na oderwanie swych myśli od żalu i tęsknoty. W końcu przez wzgląd na pracę, wyjechałam do  Łodzi. Kiedyś chciałam bardzo śpiewać w jakimś zespole chrześcijańskim i ta myśl o muzyce na nowo rozpaliła moje serce. Postanowiłam zatem wyruszyć za tym jedynym ostałym we mnie pragnieniem…

c.d.n

 

Kolejny, ostatni już odcinek tej serii wpisów ukaże, jak wiele spraw jest ukryte przed nami. Jak łzy mogą przemienić się w perły, a utracona nadzieja na szczęście w miłość obfitszą, niż serce zdoła pomieścić. Jak prawdziwe zdaje się powiedzenie, że widzimy tylko lewą stronę tkanego przez życie płótna. Zdaje się ono być dla nas tylko mieszaniną supłów i bezładu. A jednak prawa jego strona to arcydzieło zbudowane przez Bożą Opatrzność, a nie przez chaotyczne przypadki. Dzieło doskonałe w swej miłości do nas – we wszystkich wydarzeniach naszego życia. 

Zapraszam do czytania poprzednich odcinków.

Odejścia i powroty.

 

Advertisements

11 thoughts on “Odejścia i powroty. Odcinek 8.

  1. Dobrze, że są takie blogi, że blogosfera nie jest całkowicie „zlaicyzowana”. Na pewno wiele osób odnajdzie w Twoim opisie siebie i swoje rozterki. We mnie też poruszyłaś jakąś strunę. Zajrzałam do zakładki „więcej o mnie” – jak widać wszystko ma swój sens i cel. :)

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s