Odejścia i powroty . Odcinek 7.

Kiedy patrzę na mojego męża i córeczkę, widzę przed sobą piękny obraz poskładany w całość rozszarpanych bezładnie wcześniejszych doświadczeń. Dopełnienie i całokształt rozpoznałam nie tak dawno. To co pozornie bez większego sensu, bez harmonii i celowości śmiało objawiło swoją moc i głębokie znaczenie dopiero przy samym końcu historii i początku zupełnie nowej.

Teraz jednak, gdy oczekiwałam na decyzje przełożonych (przeczytaj Odejścia i powroty. Odcinek 6.), nie wiedziałam jaki obrót przybiorą sprawy. Wiosna spokojnie czyniła postępy. Nic nie zdawało się jej w tym przeszkadzać. Tylko ludzkie myśli często jeszcze pogrążone w mroku pamiętały o zimie. Moje kolejne doświadczenie ciemności było trudne i widziałam w nim początkowo tylko swoja winę i słabość. Żałowałam, że nie mogłam cofnąć czasu, że nie zorientowałam się w odpowiedniej chwili jak blisko jest zagrożenie, że znów dałam się ponieść i omotać bezsilności i nicości. To uczucie nieodwracalności było przygniatające. Nie sądziłam, że można z takim balastem wnieść jeszcze coś nowego czy pięknego w swoje życie. Wiedziałam, że sama nie jestem do tego zdolna. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i kpiłam…”to się zakonnica udała”…

Z czasem emocje opadły i zawitała nowa nadzieja. Obraz kwitnących drzew po raz kolejny uspokajał moje serce. Stawało się ono pełniejsze ufności, ale obawy o mnie i co do mnie w innych zdawały się być większe niż moje.

W końcu pomimo przeciwności otrzymałam zgodę na pisanie prośby o dopuszczenie do ślubów. Opisałam w niej swoją sytuację szczerze wraz z nadzieją, że pomimo tych przeszkód będę mogła wzrastać i żyć w zgromadzeniu. Przy jednej z kolacji padły długo wyczekiwane przez młode siostry słowa:  „Zostałyście dopuszczone do  ślubów…” – po chwili ciszy i spojrzeń niedowierzania padło kolejne słowo – „wszystkie”. Nie mogłam uwierzyć, a jednak przecież wiedziałam, czułam, że to przekonanie które trwało w moim sercu wraz z pokojem, nie może być bez znaczenia. Rozumowanie ludzkie przegrało tym razem z miłością, z pragnieniem. Byłam taka szczęśliwa !

W rozmowie z mistrzynią usłyszałam, że moja historia jest bardzo trudna i bagaż który niosę może być nie do udźwignięcia dla niektórych, nawet tych co mają mnie prowadzić. To może okazać się za trudne także dla mnie, ale będzie jak Bóg chce. Tak…jak On chce. Bardzo mocno wierzyłam, że jeśli On chce, to nie ma rzeczy niemożliwych i można kombinować samemu, starać się ze wszystkich sił, jednak jeśli to nie jest dobre dla mnie i nie jest Jego wolą, nic z tego. Czasem trudno to przyjąć, bo nie rozumiemy niektórych wydarzeń w naszym życiu, jednak – tak sobie myślę – gdybyśmy mieli ogląd całej sytuacji, tak jak On, dojrzelibyśmy, że to właśnie niezrozumiałe miało sens, który objawi się kiedyś na pewno.

Dzień pierwszych ślubów będę nosić w sobie do końca życia. Doświadczenie potężnego pokoju i miłości. Bezwarunkowego wybrania i zwycięstwa nad słabością. Nowe życie które przyjęłam z wdzięcznością. Święto radości. Gdy trzymałam krzyż, który odtąd miałam nosić nieustannie na sercu, wiedziałam, że dla tego momentu się urodziłam. Moja miłość niezrozumiała, szalona i niepojęta. Ścisnęłam go i ucałowałam. Nareszcie… Wszystkie te cierpienia, trudy i zmagania zdawały się teraz być niczym wobec zrealizowanego największego pragnienia mojego życia. Byłam spokojna, wydawało mi się, że „złapałam Pana Boga za nogi” i już nic nie może tego odmienić. Że udowodniłam coś sobie i innym, że wszystko już jasne i nic w tej kwestii nie może się zmienić. 

Po krótkich przygotowaniach nastąpiło rozdzielenie pierwszych placówek na które młode siostry miały się udać. To był moment w którym musiałyśmy się pożegnać z towarzyszkami z nowicjatu i rozpocząć „samodzielne” życie i wcielić w nie zdobytą wiedzę i doświadczenie. Trochę taki pierwszy sprawdzian z dorosłości i bycia siostrą. Przydzielane prace i obowiązki były przeróżne. Rozesłano nas po całej Polsce ale także i za granice państwa. Mi przypadło miejsce wyjątkowe. To, w którym pierwszy raz doświadczyłam tego niezwykłego pokoju w sercu ( przeczytasz o tym tutaj ). 

Rok katechetyczny zaczął się intensywnie. Nowy dom, obowiązki, siostry, otoczenie, praca…wszystko nowe, a jednak takie swoje i moje. Szkoła, w której miałam pracować, była typową małomiasteczkową placówką. Zaskakiwało w niej jednak wyposażenie i świetne wykorzystanie wszelkich funduszy, dzięki czemu dzieciom nie brakowało tu niczego. Atmosfera taka rodzinna i ciepła. Miało mi być tam dobrze. 

Oczywiście z moim roztrzepaniem i wybitną skłonnością do przygód nie obyło się już na samym początku bez wpadki. Klasy były wyposażone w piękne i nowe tablice multimedialne. W swojej karierze nauczycielskiej miałam z takimi styczność po raz pierwszy. Na jednej z katechez z zapałem chwyciłam za leżący w szufladzie flamaster. Zaczęłam rysować na całej szerokości obrazek pokazujący skutki grzechu. Była to symboliczna smutna buzia i adekwatny pod nią napis. Ku mojej rozpaczy nie chciał się zmazać. To dopiero było symboliczne. Nie tak łatwo pozbyć się skutków grzechu… Okazało się, że użyłam zwykłego flamastra, a nie takiego przeznaczonego do białych tablic. Moje beznadziejne próby usunięcia śladów zbrodni pozostawiły na tablicy zarysowania. W rezultacie, w kolejnym dniu czekało mnie spotkanie z dyrektorem i wychowawcą klasy. Tablica była zniszczona, a jej odkupienie przekraczało moje możliwości. Zresztą koszty musiałabym pokryć z własnej pensji. Wieść o tym oczywiście rozniosła się lotem błyskawicy. Nieprzyjemne komentarze i spojrzenia w kolejnych dniach w szkole były naprawdę okropne. Na szczęście sytuację udało się jakoś załagodzić. Nawet dzieci stanęły w mojej obronie, a pewien dobry człowiek zasponsorował nową tablicę. 

Uff. Nie było to miłe doświadczenie, ale miałam nauczkę, że zawsze trzeba wszystko sprawdzać dwa razy. Kolejne tygodnie były już tymi zwykłymi i ciekawymi dniami wspólnego poznawania świata razem z dziećmi. One potrafiły zawsze zaskakiwać i nie raz z ich powodu śmiałam się serdecznie. Tego roku czekała nas Komunia Święta, więc było co robić.

W domu zakonnym też było sporo pracy. Sanktuarium odwiedzały liczne pielgrzymki, ale najwspanialsze były spotkania z młodzieżą. Regularne ich przyjazdy do nas wiązały się z przygotowaniem pokoi, jedzenia, ale przede wszystkim pięknego dla nich czasu ze śpiewem i modlitwą. Niezapomniane chwile dla nas wszystkich. 

Zima tego roku zapowiadała się srogo. Śnieg obficie ciążył na wysokich choinkach, a droga do szkoły była trudniejsza z powodu dość wysokich zasp. Widoki za to były przepiękne. Jezioro całe zamarzło i stało się lodowiskiem nie tylko okolicznego ptactwa. Uwielbiałam spacery  w tym czasie. Myśli były porywane gdzieś dużo wyżej i głębiej niż zwykle, a serce napełniała orzeźwiająca nadzieja zbliżających się Świąt. 

Niespodziewanie dla mnie zostało to przerwane przez nowe uczucie, które pojawiło się we mnie wraz z wiadomością o śmierci mojego ojca. Z początku nie czułam nic. Z czasem jednak zaczynałam dotykać jakiejś przeogromnej pustki, która była związana z moim tatą. Nie potrafiłam opanować fali pojawiających się wspomnień czy odczuć. To relacja z ojcem (a raczej jej brak – piszę o tym tutaj ) okazała się kluczem do mego wnętrza .

To było jak wrzucenie do głębokiej i pustej studni. Nie odbiłam się od dna. Było głucho i ciemno i nie wiedziałam dlaczego. Nie znałam ojca i nie wiązało mnie z nim nic prócz tej pustki i braku. A teraz, gdy odszedł, to ona mnie zaatakowała i upomniała się o mnie. Nie miało to sensu i nie było przeze mnie zrozumiane od razu. Bo czy logiczne jest przeżywać stratę kogoś, z kim nie miało się prawie nic wspólnego? Więc tak naprawdę jaką stratę przeżywałam? Kiedy myślałam o ojcu, widziałam tylko tę nicość, którą dobrze już znałam. Jego pozostawienie mnie, nie uznanie oraz jego nieobecność stała się jeszcze bardziej namacalna i aktualna właśnie w tamtej chwili. Tak, jakbym w spadku otrzymała to wszystko, przed czym chciałam uciec. Niepogodzone prawdy w sercu, nieuleczona pamięć, uczucia których nigdy w stosunku do niego nie wyraziłam, przybierały na sile. Toczyłam walkę jakby z duchem. Ale nie…to była walka z samą sobą, albo raczej z tym, co stanowiło o mnie i było najważniejsza treścią mojego bólu.

Mój stan znacznie różnił się od wcześniejszego i nie mógł przejść bez echa. Wszystko teraz było porównywane. To, co teraz, z tym, co przedtem. Czułam się strasznie. Budziłam się i płakałam. Jadłam posiłek i łzy płynęły cały zaś. Było to trudne zarówno dla mnie, jak i dla wspólnoty. Momentami nie do wytrzymania. A ja czułam jakby dokonywał się we mnie potężny proces zmiany. Łzy wylewały się z głębin, o których chciałam zapomnieć. Nie byłam w stanie tego powstrzymać.

Zaczęto wysuwać wnioski, że również tym razem depresja mnie pokonała. A ja na dodatek trwałam w swojej nieumiejętności wytłumaczenia, że i owszem mój stan wygląda podobnie i czuję się strasznie, ale to dotyczy czegoś jakby innego. Moje poruszenie serca było tak mocne, że nie mogło nie towarzyszyć mu doświadczenie depresji. Albo czegoś podobnego do żałoby. Czułam, że muszę stawić czoła najważniejszym pytaniom we mnie. Pytaniom o sens mojego życia, o moją zgodę na nie. Właśnie… ojciec mnie nie przyjął. Nie zgodził się na moje istnienie. A ja miałam wrażenie, że jest to wyryte na mojej duszy i jak jakieś zaklęcie powtarzane przez moje serce. Każda słabość, niepowodzenie, lęk czy chybione decyzje były tą raną naznaczone i uwarunkowane.

Coś chciało się ze mnie wydostać. Jakiś potężny żal i ból, który sprawiał, że szlochałam nocami, a w dzień nie mogłam żyć. Nie wiedziałam, jak mogę sobie pomóc. Wiedziałam jednak, że coś muszę zrobić, by znaleźć uzdrowienie. Nie miałam tylko ku temu możliwości.

Wtedy zdecydowałam się na coś, co mogło być deską ratunku. Poprosiłam o modlitwę zwaną metodą pięciu kluczy Neala Lozano. Korzystałam z niej już raz wcześniej i przyniosła mi wtedy ogromną pomoc. Tym razem miałam nadzieję, że to będzie dopełnienie rozpoczętego wówczas procesu. Trwał on już kilka lat, co uświadamiałam sobie coraz mocniej… Wspólnota powoli przestawała sobie ze mną radzić. Nie widziała lepszego „sposobu na mnie”. Chyba dlatego otrzymałam na tę modlitwę pozwolenie. Oczekiwanie na nią było dla mnie wielkim pocieszeniem. Czułam, że dzięki temu wszystko ma sens.

W pierwszy dzień każdego rozpoczętego roku miałyśmy zwyczaj losowania kilku słów, fragmentu z Biblii. Mi trafił się z trzynastego rozdziału Księgi Daniela, w którym opisana jest historia Zuzanny. Nie rozumiałam go. Przynajmniej do momentu, gdy usłyszałam jedne z najtrudniejszych słów w moim życiu. Moje serce było do nich przygotowywane. 

castle-1583281_1920

” Wtedy Zuzanna zawołała donośnym głosem: «Wiekuisty Boże, który poznajesz to, co jest ukryte, i wiesz wszystko, zanim się stanie… ”

Dn 13,42

C.d.n.

Reklamy

5 thoughts on “Odejścia i powroty . Odcinek 7.

  1. Czasem człowiekowi wydaje się, że nic nie jest w stanie zakłócić spokoju, ale gdzieś głęboko zawsze zalegają prawdziwe uczucia, o których zaczynamy sobie zdawać sprawę dopiero podczas, jakiegoś ciężkiego przeżycia. Najważniejsze, aby nie poddać się tym smutnym, czy złym myślom i zawalczyć o siebie.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Kazda trzeba umieć dobrze ukierunkować. Tę bolesna zrozumieć i nie dać sie jej zniszczyć. Nauczyć sie kazdej siły która w nas drzemie na tyle mocno by budowała a nie niszczyła. Niestety to wymaga zrozumienia i czasu a zbyt często emocje sa utożsamiane bezpośrednio z osoba która ich doświadcza. Emocje to nie cały/a ja. Jesteśmy o wiele bogatsi;)

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s