Odejścia i powroty. Odcinek 6.

Pisanie o przeszłości ma wiele konsekwencji. Jedna z nich jest taka, że wyraziwszy słowem swoje doświadczenia, zaczynają one w jakiś przedziwny sposób inaczej żyć we mnie. To życie im właściwe staje się inne, przemienione, zupełnie niepodobne do tego, jakie było jeszcze jakiś czas temu. Niegdyś przeszłość była tym, czym żyłam nieustannie. Teraz zaczyna mieć zupełnie inny kształt. Zaczyna wracać na właściwe sobie miejsce. Albo raczej ja zaczynam stawać we właściwym dla mnie miejscu. Patrzę obecnie inaczej na swoje doświadczenia niż jeszcze czyniłam to rok, dwa, trzy lata temu. Zupełnie odmiennie przeżywałam je gdy się działy, gdy kończył i rozpoczynał się nowy etap. Jeszcze nie tak dawno powracały sentymenty, wspomnienia, wątpliwości czy żale do siebie i innych. Teraz życie spisane stało się pomocą do zamknięcia drzwi ostatecznie i pozwolenia życiu prawdziwemu zaistnieć tu i teraz.

Listopad rozpoczął się już, a ja z większym niż wcześniej bagażem zapukałam do drzwi. Pięć lat temu opuściłam zakon, a teraz znów tu wracałam. Znano mnie już dość dobrze i spodziewano się mojego przyjazdu. Z tej okazji mogłyśmy zjeść trochę słodyczy i obejrzeć w telewizji jakiś śpiewający program, który nazywano rozrywkowym. Już na samym początku moja ocena tej sytuacji była negatywna. No bo jak… przychodzę do zakonu, chcę zostawić wszystko, nastawiam się na trudy i inne ważne sprawy, a tu… telewizor. Mój osąd był niezrozumieniem szerszego kontekstu i motywacji siostry, która stopniowo chciała mnie „wprowadzać” w świat bez telewizji. Nie każdy bowiem, kto pojawia się w zakonie, od razu wie, potrafi czy nawet chce zrezygnować ze wszystkiego. Pociąga go coś niewytłumaczalnego, siła większa niż można pojąć, jednak nawyki, charakter i przyzwyczajenia cudownie nie znikają. Uporanie się z nimi wymaga czasu, cierpliwości i stanowczości, a zajmuje to często całe życie. Może byłoby lepiej od razu wyrzucić telewizor i nie rozciągać tego procesu w czasie? Może i tak. W wielu wspólnotach tak się robi, zwłaszcza tych kontemplacyjnych. Tu jednak on był i od święta mogłyśmy obejrzeć coś ciekawego. 

Tego wieczoru było miło. Śmiałyśmy się i poznawałyśmy, w końcu trochę czasu ze sobą miałyśmy spędzić. 

Od początku wiedziano, że to moja kolejna formacja początkowa, ale nikt nie miał zamiaru jej skracać. Było to mądre względem mnie, zresztą nawet nie wiedziałam wtedy o takiej możliwości. Miałam tylko nadzieję, że jakoś ten rok szybko minie, bo zdawałam sobie sprawę, że nie będzie należał do najłatwiejszych. I taki właśnie był.

W roczniku nie byłam najstarsza. Większość z dziewczyn przychodziła po lub w trakcie studiów. Wiek wyboru drogi życia znacznie się opóźnił. Miejsce formacji się nie zmieniło, tylko siostry w domu inne i rytm dnia nieco zreformowany. Dzwonek nie budził mnie już trochę po piątej, ale znacznie później jak na warunki klasztorne. Jego dźwięku można było się spodziewać o 6, a w święta o 6:30. W pralni zrezygnowano ze słynnych trzech bali i postawiono trzy prali automatyczne. To ogromna zmiana, która odciążyła starszą już siostrę „piorącą”. Pamiętam dawny proces prania i podziwiałam hart ducha sióstr wychowanych w tak surowych warunkach. Wtedy najpierw w jednej wielkiej bali – którą trzeba było napełnić wodą nosząc ją z potoku, a potem ogrzewając w możliwie skuteczny sposób – zapierano najbrudniejsze rzeczy. W drugiej był kolejny etap prania, a w trzeciej płukanie. Wodę trzeba było dość często zmieniać, co wiązało się z nieustannymi wędrówkami z wiadrami. Nie należały one do najlżejszych i po kilku takich rundach ręce mdlały. Nogi zresztą też. Nie wspominam już o nieustannie zgiętych plecach piorących. Po takim dniu ciężkiej pracy, każda plama na obrusie zdawała się przemawiać do mnie, a niegdyś tak chętnie zmieniane ubrania były noszone do momentu koniecznej zmiany na świeże. Teraz trzy dumnie stojące pralki odciążyły nie tylko mój kręgosłup. Trzeba jednak przyznać, że i prania było więcej. Brak trudu i znajomości jego smaku mnożył niemiłosiernie stosy w pralni, aż do dnia, gdy jedna z nich zastrajkowała. Po tym wydarzeniu i spędzonych godzinach na praniu ręcznie swoich zimowych ubrań, każda z nas bardziej szanowała to, co ma.

Zbliżały się rekolekcje, wiązałam z nimi wiele nadziei, bowiem niespokojny mój duch miotał się ciągle szukając potwierdzeń i odpowiedzi na mnóstwo pytań. Wiedziałam, że choć jetem w zupełnie innym miejscu rozwoju i emocji, niż byłam poprzednio, to jednak nie wszystko przecież zostało zakończone na tej drodze uzdrowienia. To tu – podobno – miało ono się dopełnić. Miałam w sobie niejasne tego przekonanie i zapewnienia mojego kierownika duchowego. To było dość mało. Za mało, by pewnie iść i pewnie stawiać kolejne kroki. Łatwo jest ustami mówić „ufam”, ale sercem trudniej zdać się całkowicie i zawierzyć. Moje serce doświadczało nieustannej mieszanki pokoju z lękiem i nie bardzo wiedziałam co z czego wynika. Miałam ogólny zarys swojego stanu i wiedziałam czego powinnam się trzymać, a jednak czasem było to bardzo trudne. 

Trzeciego dnia rekolekcji zaczęłam się kiepsko czuć. Bóle głowy, brzucha, wymioty, uczucie bycia nieobecnym, ciągle zmęczonym i takim słabym. Starałam się „dawać radę”, ale w końcu wylądowałam w łóżku. Bladość mojej twarzy podobno przerażała, a ja mogłam tylko mieć nadzieję, że ten stan nie przedłuży się i jakoś szybko stanę na nogi. 

Gdy wracałyśmy do domu już ledwo wytrzymałam w aucie, po powrocie od razu skierowano mnie „na wyleżenie”. Nie było jednak kaszlu czy typowych objawów przeziębienia. Leżałam i modliłam się, by mi przeszło. Wszystko zaczęło się na rekolekcjach, zastanawiałam się dlaczego? Czy wgłębianie się w siebie może skutkować takimi objawami? Czy docieranie do prawdy o sobie może tak ściąć człowieka z nóg? Błagałam w modlitwach, by dać radę, by nie wracało to „najgorsze”, kiedy nieobecność i wewnętrzny ból stają się normą. Nie uniknie się w takiej sytuacji niezrozumienia, zaniepokojenia czy dezorientacji. Otoczenie nie musiało przecież wiedzieć wszystkiego, a jednak mój stan niepokoił. Została mi tylko nadzieja, że przecież mam już narzędzia do takiej duchowej walki i postanowiłam intensywniej z nich korzystać. Któregoś dnia kazano mi wstać z łóżka „w imię posłuszeństwa”. Ku mojemu i innych zdziwieniu – wstałam. Czułam się tak samo kiepsko, ale wstałam. Zostałam dosłownie jakąś niezrozumiałą mocą postawiona na nogi. Każdy dzień przynosił więcej sił i poprawę samopoczucia. Pierwsza bitwa była wygrana. 

Miałam w sobie silne przekonanie że to wojna o moje życie. Coś nie pozwala mi żyć w pełni. Nie potrafię jeszcze tego nazwać, złapać czy w jakiś inny sposób panować nad tym, ale wiem, że to jest i nie daje mi spokoju. Słuchałam swoich myśli, które brzmiały momentami niedorzecznie, ale przecież to dotyczyło mnie i wiedziałam, że nie zmyślam. Nie musiałam chcieć by mi wierzono czy rozumiano, choć pewnie byłoby prościej. Pragnęłam jedynie odnalezienia prawdy i dotarcia w końcu do źródeł w sobie tego, co się czasem ze mną działo. 

Zdawało mi się, że jestem studnią bez dna, w której nie ma wody. I choć studnia przeznaczona jest na jej posiadanie i przechowywanie, to moja była pusta i na dodatek bez końca. Nawet napełniona ciągle straszyła pustką. Moje serce pragnęło napełnienia, potwierdzenia że warto, że dobrze wybieram, że kierunek jest słuszny. Któregoś dnia, chwilę przed Wielkanocą podeszła do mnie jedna ze starszych sióstr, ta która mnie znała już z poprzedniego pobytu. Nigdy nie mówiła za wiele, tego dnia podeszła do mnie, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała stanowczo: „Nie daj się największemu przeciwnikowi człowieka!”. Miałam wrażenie, że ona jedna znała mnie, że zajrzała mi głęboko w serce i była ze mną. Wiedziała więcej niż ja wtedy, a jej głos dodał mi odwagi i sił.

Po raz kolejny stanęło przede mną szycie sukienek, welonów i pakowanie, które miało na celu m.in. pozbycie się niepotrzebnego a nagromadzonego balastu. To niesamowite, jak wiele rzeczy gromadzimy. Większość z nich jest niepotrzebna. Błogosławieństwo częstych przeprowadzek. I dziś przydałyby się takie zmiany co roku lub częściej, aby pozbyć się tych wszystkich zbędnych rzeczy. 

Nowicjat zdawał się być otwierającym się przede mną rajem. Ogród większy i piękniejszy niż ten poprzedni, bo położony w innym miejscu. Zacisze prawdziwie klasztorne. Wioska, jedna z tych zapomnianych w Polsce. Prostota życia i wielka cisza. Choć w naszym domu gwar było dość częsty, zwłaszcza gdy robiłyśmy coś razem. 

Miejsce sprzyjało rozmyślaniu nad życiem. Ogród zaś niezawodnie pomagał w formowaniu ciała i ducha. Pierwszej wiosny powierzono mi sadzenie jednej części grządek. Usłyszałam co i jak, no ale po chwili zapomniałam ile dokładnie to miało być tych buraków, a ile marchewek no i co z resztą? Miałam zostawić miejsce na…no właśnie, na co? Do dziś nie mogę sobie przypomnieć. Posadziłam na przemian marchew i buraki. Kiedy zabrakło sadzonek marchwi, obsadzałam już tylko burakami. Potem przełożona łapała się za głowę, a my przez całe lato jadłyśmy buraki w formie wszelakiej i obwoziłyśmy te dorodnie wyrośnięte dary natury po wszystkich domach, bo już u nas się nie mieściły. 

Świat mojego wnętrza nie miał się najgorzej, jednak czułam, że to cisza przed burzą. Pomimo to uparcie i z przekonaniem budowałam przed innymi i sobą wizję życia w zakonie do końca moich dni. A potem rozpoczął się jeden z największych bojów o moje życie. Wkradł się wróg w moje myśli, a ja nieszczęsna pozwoliłam mu na to. 

Pewnego wieczoru, kiedy nie miałam najmniejszej możliwości z kimkolwiek o tym porozmawiać, pozwoliłam sobie na dialog z uczuciami, myślami i pojawiającymi się wyobrażeniami. Powróciły do mnie te wszystkie koszmarne lęki i nieopanowane stany emocji, które wywoływały we mnie nie tylko ogromny ból, ale przede wszystkim niszczyły moją nadzieję i wiarę. Wiarę w siebie, w życie, w sens, w Boga. Czy warto? Czy ja jestem chciana, kochana, a może to wszystko to wielka ułuda? Może dałam się porwać swoim ideałom, które nie mają nic wspólnego z prawdziwym życiem? Dlaczego odczuwam taki wewnętrzny ścisk pomimo pragnienia bycia w tym miejscu i niekwestionowanego szczęścia, które jednak nie mogło przeniknąć mnie na tyle mocno, by dać pełną wolność… 

Noc stawała się coraz dłuższa, a ja zamiast zareagować konkretnym aktem sprzeciwu wobec tych myśli, odrzuceniem ich od siebie i stanięciem do walki jak dotychczas, dałam się ponieść fali niszczącej przeszłości, niepogodzonych relacji i użalania się nad sobą. Łzy zaczynały ściskać moje gardło. Po kilku takich dniach i nocach było już za późno by prosić o jakąś pomoc. Czułam, że nie panuję już nad tym, co się dzieje i że to jest moment, w którym mogę stracić to wszystko, czego tak pragnę i o co tak długo walczyłam. Chciałam jakoś ukryć się z tym stanem przed światem i sobą, ale nie było to możliwe. Chęć ucieczki przed stanięciem w prawdzie była najgorszym z możliwych pomysłów. Ukrywanie słabości niczego nie zmieni i na pewno nie pomoże. 

Niestety musiałam stanąć twarzą w twarz ze sobą. Obnażyć się i przyznać do raka który trawił moją duszę. Depresja, która zaczęła podstępnie się odradzać, domagała się konkretnych czynów z mojej strony. Znałam jej przyczyny i były one nieco inne tym razem, ale ponieważ nie czuwałam wystarczająco i teraz ona mogła objawić swój niszczycielski wymiar. 

Do dziś analizuję te dni i wydarzenia i widzę, że nic nie jest z naszych decyzji i postępowania bez znaczenia. Czasem wydaje się, że jedne nagięcie nie przyniesie szkody, ale potem pojawia się kolejne i kolejne, aż w końcu „struna pęka” a my dziwimy się dlaczego. 

Niepotrzebne rozmowy, toksyczne relacje, nieumiejętność mówienia nie „małemu” złu, zagłębianie się w swoje odczucia, milczenie, gdy trzeba mówić, wyolbrzymianie spraw, nieświadome zwracanie na siebie uwagi, skoncentrowanie na bólu zamiast na walce i radości, nieufność względem siebie i Boga, niedowierzanie, powątpiewanie w Miłość. Zostawanie samemu ze światem swego wnętrza. I w końcu tak wielkie osłabienie, że się upada.

Miałam możliwość wyjazdu na miesiąc, by dojść do siebie, ale już wiedziałam, że to oznacza, że nie mam co liczyć na dopuszczenie mnie do ślubów. „Góra” wieszczyła, że nie można mnie dopuścić i nie mogę się tego spodziewać, a moje serce jak zwykle mówiło zupełnie co innego. Byłam przekonana wbrew logice, że zostanę do nich dopuszczona. Mówiłam o tym przełożonej i ona dziwiła się, bo to od niej zależała opinia i wyrażenie zgody na pozwolenie mi napisania prośby o dopuszczenie do ślubów. Sama tego nie rozumiałam, zresztą jak wielu odczuć i przekonań w sobie. Z tym „przekonaniem wbrew logice” związany był wewnętrzny pokój, a ja starałam się odbudować w sobie nadzieję i zdałam się na plan Boga. Niech będzie, jak ma być. Ufam, bo przecież do tego wezwana zostałam przede wszystkim.

c.d.n

candle-1739308_1920

Odejścia i powroty. Odcinek 5.

Odejścia i powroty. Odcinek 4.

Odejścia i powroty. Odcinek 3.

Odejścia i powroty. Odcinek 2.

Odejścia i powroty. Odcinek 1.

Odważyłam się i poszłam.

Reklamy

10 thoughts on “Odejścia i powroty. Odcinek 6.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s