Oczekiwanie.

Oczekiwanie wypełnia naszą przeszłość i przyszłość, jest także częścią naszego dzisiaj. Małe bądź wielkie, nieistotne oraz niezwykle ważne. Momenty z których składa się życie człowieka. Utkane z oczekiwań mających początek i kres, by następnie przejść do kolejnego początku i nowego oczekiwania. 

Życiowy Adwent. Czekamy na tak wiele rzeczy, spraw, wydarzeń, ludzi. Oczekujemy pełni niezawodnej nadziei, że nasz wysiłek wypatrującego, zostanie spełniony. Początek i koniec. 

Mam wrażenie że przeżywamy nasze życie nieustannie trwając w jakimś oczekiwaniu. Czasem pragniemy zmian tak samo mocno jak i tego, żeby nic się nie zmieniało. Oczekujemy w każdym pragnieniu spełnienia. Trwamy i wyglądamy za zasłonę mając nadzieję, że przyszłość zdradzi nam swój sekret. Poszukujemy szczęścia, ufamy, że zajaśnieje w naszym życiu, stanie się obecne i zostanie na zawsze. 

Miałam w swoim życiu niejedno trwanie w oczekiwaniu. Zapewne jak każdy z nas, gdyż niemożliwe jest życie bez niego. Czekałam na burzę, pierwsze krople deszczu, powrót mamy z pracy, rozpalenie w piecu, gdy zimno doskwierało tak mocno. Czekałam na obiecane prezenty, spojrzenia pełne zachwytu, akceptacji i miłości. Oczekiwałam wakacji, radości, przyjaźni i śniegu. Długich włosów, pierwszych obcasów, czy samodzielnych wyjazdów. Czekałam na swój czas, na dorosłość, na to wszystko co miało przynieść mi życie. Czekałam niecierpliwie na spełnienie obietnic, na serce zanurzone w pokoju, ale nade wszystko na miłość. Utkana z oczekiwań. Przez nie kształtowana. Czekająca w życiu, by życie w końcu zatętniło we mnie. Zaproszona przez każde oczekiwanie do ufności. Choć czasem tak trudno było zawierzyć, uwierzyć, że spełni się, choć się trwa. Czekałam i czekam, ale efekt końcowy pozostaje tajemnicą. 

Pisząc o tych najistotniejszych oczekiwaniach w moim życiu wystarczy poczytać historię dla mnie tak ważną, która złożyła się w cykl opowieści, które można odnaleźć TUTAJ. Dlatego pominę te tak ważne, a skupię się na równie istotnych, choć jeszcze nie opowiedzianych.

Biała suknia już poskładana leżała w szafie. Troszkę nosiłam w sobie niedosyt, że zdecydowałam się tak krótko mieć ją na sobie. Jest piękna, a ja czułam się w niej jak księżniczka zaproszona na bal w trakcie którego odkrywa, że jest jego gościem honorowym. Teraz gdzieś obok kreacji leżały swetry na zimę i książki, których dawno nie czytałam. Dom już nie był tylko mój. Czekałam każdego dnia na powrót męża z pracy. Uśmiechy, nasze małe radości i zwyczajna leniwość dni. Wakacje dobiegały końca i na plan pierwszy moich myśli wysunął się cały plik zadań potrzebnych do rozpoczęcia nowej pracy. Krótki spacer przed wejściem do szkoły świetnie mi robił. Tych kilka łyków świeżego powietrza budziło mnie i pozwalało na pozbieranie jeszcze uśpionych pomysłów. Potem już tylko harmider korytarza, zamieszanie przed pierwszym dzwonkiem i intensywne oczekiwanie małych oczu wpatrzonych we mnie. 

Maluchy mają to do siebie, że fascynujące są dla nich nawet najprostsze rzeczy. Ich zachwyt nad życiem i odkrywanie go, jest niesamowity. Stawałam się dla nich tym wtajemniczonym dorosłym, który wiedział więcej i chciały go słuchać. Pragnęły wiedzieć, doświadczać i czekały ciągle na więcej tajemnic. 

Trudności pojawiały się w klasach starszych, u tych prawie dorosłych. Oni trwali w oczekiwaniu na zupełnie coś innego. Cel pozostawał często poza szkołą. Koncentracja na liczeniu minut pozostałych do dzwonka zdawała się przybliżać ich do niego.

Nie zawsze radziłam sobie ze świadomością, że nie dotrę do każdego. że pomimo chęci, wysiłku i szczerych pragnień nie potrafię wszystkiego ogarnąć i zapanować nad nieopanowanym światem młodego człowieka. Któregoś wieczoru jak zwykle padłam na łóżko ze zmęczenia. Zastanawiałam się, jak będę potrafiła przekazać wartości swoim dzieciom?  W życiu nie zadzwoni dzwonek i nie uratuje od zbyt trudnego pytania. Myślałam nad tym wszystkim, kiedy dopadły mnie bardzo silne i niepokojące bóle brzucha. Dolegliwości utrzymywały się kilka dni i nie chciały odpuścić. Wiedziałam, że mogę już oczekiwać dziecka, ale te bóle nie dawały mi spokoju. Na wizycie lekarskiej potwierdziło się, że rozpoczęło się we mnie nowe życie  i jednocześnie skierowano mnie na ostry dyżur do szpitala. 

Radość i nadzieja została przeszyta ostrym mieczem trwogi. Usłyszałam, że to może być ciąża pozamaciczna i jeśli za kilka dni nic się nie zmieni, to trzeba będzie wykonać operację. Słowo operacja brzmiało jak wyrok. W oszołomieniu i silnych emocjach nie do końca zdawałam sobie sprawę z sytuacji. Kiedy rozmawiałam z mężem, ona zadał mi pytanie – czy wiesz co to znaczy? Ta „operacja” to będzie zabicie naszego dziecka. Tak… Czy mamy prawo zgodzić się na to? Czy mogę na jednej szali postawić wartość swojego życia i życia dziecka? Moje jest tak samo zagrożone jak jego, a nawet bardziej. To mnie medycyna chce ratować, a nie moje dziecko. Żadnych dyskusji, tłumaczenia możliwości, pytania o zdanie, wsparcia. Szach mat. 

Wartości według których staramy się żyć, to nie są tylko wyuczone zasady. Nie są to ślepo powtarzane slogany związane z wychowaniem itp. To wiara i przekonanie, że nikt z ludzi nie ma prawa decydować o życiu i śmierci drugiego człowieka. Można je ratować, bronić, pomagać mu zajaśnieć w swych prawach i pięknie. Kiedy trzeba, powinniśmy leczyć, chronić i wspomagać. Nigdy niszczyć, zabijać, odbierać. Człowiek, który jest istotą przekraczającą (transcendującą) cały świat, posiada ten zalążek nieśmiertelności, który stanowi o jego wyjątkowości. Nowy człowiek już był we mnie. Żył, rozwijał się i czerpał z tego, co zostało mu dane. Od początku był tym, kim miał ukazać się za długie miesiące. Ta sama osoba, choć już większa. Tak, tak, osoba – bo człowiek posiada nieśmiertelną duszę i to dzięki niej jest człowiekiem. Żaden etap zmiany czy rozwoju ciała tego nie zmieni. 

Tak więc oczekiwałam na wyniki badań. Dni dłużyły się strasznie. Zadawałam sobie pytanie o swoją gotowość na śmierć, o niepełnosprawność swoją bądź dziecka. Myślałam o odwadze oraz jej braku w chwili krytycznej. O tym co będzie… Zastanawiałam się też nad tymi wszystkimi podobnymi sytuacjami i kobietami, które poddały się podobnym „zabiegom”. Czy ktoś im tłumaczył, rozmawiał z nimi, czy wiedziały, że to tak poważna sprawa – prawdziwie walka duchowa? 

Uruchomiliśmy wszystkie możliwe kanały modlitwy. Co rusz słyszałam, że modlą się za nas we wspólnocie tej i tamtej. Niebo zostało zbombardowane w naszej intencji. 

Decyzji nie podejmowałam konkretnej. Modliłam się i oczekiwałam, aby w obliczu faktów móc odpowiedzieć sobie i innym co zamierzam. 

Któregoś kolejnego dnia nagle pojawił się u mnie ordynator. Wcześniej nie zaglądał, a teraz znając sytuację przyszedł. Miałam wrażenie, że chce powiedzieć mi jakieś pokrzepiające słowo. Mówił, że jeszcze nic nie jest pewne, że dzidzia się ociąga i chyba leniwa troszkę, może potrzebuje więcej czasu by się przedostać, odnaleźć drogę… 

Zawołano mnie w końcu na badania. Mąż ściskał moją dłoń i ucałował zanim ją puścił. Trzech kolejno lekarzy wykonywało badanie. Okazało się, że nasze maleństwo poradziło sobie. Było już tam, gdzie być powinno. Jednak wykryto nowy problem. Mięśniak był tuż obok. Znów powiedziano mi, żebym nie była zbyt optymistycznie nastawiona, ponieważ ta ciąża może nie doczekać się pozytywnego rozwiązania. Mogę poronić, dziecko może rozwinąć się nieprawidłowo, nie wiadomo czego można się spodziewać. 

My jednak odetchnęliśmy z ulgą. Najtrudniejsza, pierwsza podróż naszego dziecka zakończyła się sukcesem. Teraz już będzie dobrze. Wracaliśmy do domu. Byliśmy tak bardzo wdzięczni i nie wiedzieliśmy, jak możemy podziękować za taki cud. Dla nas bowiem to był prawdziwy cud. Uratowane zostało nie tylko nasze dziecko, ale także my, dzięki sile modlitwy naszych przyjaciół.

Prawdziwe oczekiwanie to stan świadomy tego co tu i teraz, jednak nie związany z tym, co tutaj, na tyle mocno, by zapuścić korzenie. Jest jak drzewo, które czerpie życie z tego, co jest, ale gałęzie wyciąga wysoko z nadzieja, że kiedyś zawisną na nich dorodne owoce. Żyję i wykorzystuję to, co jest, by wydać w przyszłości dobry plon. Żyję, bo mam nadzieję na zmaterializowanie trudu tej ciężkiej pracy. 

Trwanie i nadzieja. Trwanie w niej. Życie nią. Nie ułudą i przemijającymi radościami, ale nadzieją, która obok wiary i miłości uczy jak żyć, jak trwać. Wiara i nadzieja przenoszą nas gdzieś daleko w oczekiwane. Miłość natomiast pozwala trwać wierze i nadziei już dzisiaj w tej naszej codzienności. To ona je napędza, dodaje sił i skrzydeł. Miłość buduje i scala początek z końcem. Dopowiada to wszystko, czego brakuje. 

Kolejne miesiące musiały być z mojej strony pełne troski i uwagi. Kilkukrotne hospitalizacje nie przekreślały ani nie wyjaśniały zbyt wiele. Oczekiwanie w nadziei stało się codziennością. Zbliżał się termin porodu, a ze strony naszego dziecka nie było najmniejszej chęci przychodzenia na ten świat. Któregoś dnia po badaniach zdecydowano – cięcie i to już! Nieprzygotowana na taki obrót spraw, ze ściśniętym sercem zabrałam rzeczy i udałam się na salę operacyjną. Ciągle wyrzucałam sobie, że może coś źle „zrobiłam”. Łzy zmieszały się z radością, że już niedługo będę trzymać maleństwo. Kiedy znieczulenie zaczęło działać, a mąż wszedł w trakcie zabiegu, by trzymać mnie za rękę i być ze mną, ogarnęło mnie przekonanie, że jest tak, jak ma być. Że jest najlepiej, jak być mogło dla mnie i dla dziecka. Dla nas wszystkich. 

Potem przyłożono mi maleństwo do policzka. Tego cudownego zapachu nie zapomnę nigdy. Słodycz miłości i  niewinności. 

Kolejne dni były jednymi z najtrudniejszych w życiu. Może i o nich jeszcze opowiem. Teraz jednak zatrzymuje mnie kolejny życiowy adwent. Nie ma przypadków i znów zbiega się on z tym liturgicznym. Pełnym zapalonych lampionów symbolizujących niegasnącą nadzieję, wyczekiwanie na radość spotkania z miłością. Ufność, że będzie dobrze i tym razem. Już teraz przemienia mnie, a niedługo znów pozmienia utarte ścieżki, zaskoczy nieprzewidywalnością, nakłoni do skruchy i łez, napełni potężną radością. Wszystko ukształtuje na nowo. Taką bowiem ma moc nowe życie. Nowe życie… braciszek lub siostrzyczka, a może bliźniaki…? 

Oczekiwanie wymaga pokornego pochylenia się nad swoją niewiedzą. Uświadamia, że nie wszystko możemy i nie wszystko od nas zależy. Może nauczyć tak wiele. Trwania w codzienności, czerpania z tego, co jest. Uczy cierpliwości i przygotowuje nas do tego, co nastąpi. Od nas zależy, czy wykorzystamy ten dar. W naszych czasach bowiem niecierpliwość często zwycięża i nie potrafimy już czekać na nic. A ten podarowany w czekaniu i oczekiwaniu czas staje się błogosławieństwem ucząc jak żyć, by życie było prawdziwie przeżywane w ufnej nadziei i silnej wierze. I w końcu by zajaśniała w nas miłość, która będzie w stanie pokonać wszystko. Każdą niepewność, lęk, czy zwątpienie. Miłość zawsze niech będzie w nas korzeniem wszystkiego. Tylko jej pragnąc, na nią czekając i z nią żyjąc nie zostaniemy zawiedzeni na wieki. Dla niej warto żyć. 

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.”

1 Kor 13,13

Advertisements

17 thoughts on “Oczekiwanie.

  1. Bardzo mądrze napisane. Popieram oczekiwanie jest cały czas, czekamy by coś nowego pojawiło się w naszym życiu. Ponieważ było by ono, zbyt nudne gdy cały czas, zylibysmy codziennością bez żadnych marzeń i oczekiwan. ☺

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s