Odejścia i powroty. Odcinek 2.

Dla niewtajemniczonych czytelników, aby dzisiejsza historia miała dla was ręce i nogi, polecam przeczytać Odważyłam się i poszłam. oraz Odejścia i powroty. Odcinek 1.

Zima już w pełni, 5:25, z ciepłego łóżka wyciąga mnie metaliczny dzwonek i chłód nowego dnia. Bardzo lubię zimę, oczywiście tą białą i mroźną. Najprzyjemniejsza jest wtedy, kiedy pali się ogień w piecu, trzaskają w nim iglaki, a ich zapach rozchodzi się po całym domu. Siedzisz sobie z gorącym kakaem w dłoniach, otulona kocem, i zaglądasz przez okno, ile napadało dzisiaj śniegu. Taki obrazek zawsze był i nadal jest moim ulubionym wyobrażeniem zimowych dni. Jednak tamtej zimy, nie był raczej możliwy do zrealizowania.

Różnica temperatur, po wstaniu z ciepłego łóżka, zawsze budziła mnie szybko. Za oknem czerń i zdawało się, że cały świat jeszcze śpi, a siostry go budzą swoją jutrznią. Zimą padło na mnie, aby przejąć nowy obowiązek jakim była zakrystia. Nie miałam zielonego pojęcia o co chodzi. Zresztą, jak prawie we wszystkich obowiązkach, była to dla mnie nauka od podstaw. Przyszłam sobie – taka z miasta dziewczyna – raczej się  nie przepracowywałam, a tu tyle pracy, że nigdy nie starczyło dnia, na ogarnięcie wszystkiego. Tak na moje nieszczęście było w moim życiu, że mama chcąc zapewne mojego dobra i kochając mnie bardzo mocno, nie wymagała ode mnie zbyt wiele. Nie nauczyłam się solidności, systematyczności, nie doświadczyłam nigdy ciężkiej fizycznej pracy. Raczej mama wszystko robiła za mnie, a gdy nastoletniość już zapukała do mojego życia i gdy nagle zaczęto ode mnie wymagać więcej niż zwykle, dziwiłam się, buntowałam i okazując wielkie niezadowolenie najczęściej nie robiłam tego, o co mnie proszono. Wyręczanie przez nią weszło nam obu w krew i nie miało to najmniejszych plusów w mojej przyszłości. Mając lat 18 nie byłam w stanie za wiele sama załatwić, bałam się przejmowania inicjatywy, jakichkolwiek prób zrobienia czegoś na własna rękę i od razu prosiłam o pomoc mamę. Ona się zazwyczaj już nie zgadzała, a ja przeżywałam wtedy jakiś chorobliwy lęk przed wszystkim, co powinnam  już była potrafić zrobić. Najgorsze było podejmowanie decyzji i rozmowy przez telefon. Może to brzmi komicznie, jednak kiedy słyszałam jego dźwięk, to chowałam się w kąt, bo może „ktoś coś będzie ode mnie chciał”, a ja nie cierpiałam robić nic z tego, czego sama nie chcę i nie chciałam też, by ktokolwiek wyrywał mnie z mojego świata bez odpowiedzialności. Moja niedojrzałość i nieprzygotowanie do życia powalała z nóg nie tylko mnie.

Kiedy znalazłam się w zakonie, każda jedna, nawet ta najmniejsza rzecz, okazywała się często trudna i niemal niewykonalna. Tak mi się przynajmniej wydawało. Wyobraźnia nasycona obawami mnożyła obrazy wielkich porażek i niezadowolenia przełożonych. Ich oceny, a nie daj Boże, krytyki, której zdawało mi się, że nie zniosę. Codzienne proste życie, takie normalne, pełne domowych obowiązków i nauki wchodzenia w relacje z różnymi kobiecymi charakterami, było dla mnie jak ekstremalnie przyspieszony kurs dorastania i obnażało prawdę o mnie.

I tak weźmy na przykład gotowanie. Może raz czy drugi coś tam w domu udało mi się upichcić, ale teraz jeśli nie ugotuję obiadu, spalę, lub źle wymierzę proporcje, to całe zgromadzenie nie zje posiłku. Oczywiście nie obyło się bez wielkich wpadek i porażek. Jednego dnia nasz obiad był niejadalny zupełnie. Starsze siostry pocieszały mnie, że każda dodatkowa pokuta się przyda. No cóż… Innym razem spaliłam wielki gar zupy dla biednych, którzy przychodzili do nas na obiad. Musiałam szybko coś wymyślić, by mieli co zjeść. Rozbite słoiki, zmarnowane jedzenie, nieumiejętność „zlikwidowania” rodzinki myszy, które później opanowały nasza spiżarnię. Stłuczona jedyna świąteczną zastawa, gdy szłam ze śniadaniem do zacnego gościa. Jego jajecznica wylądowała na schodach i w donicy z okazałą palmą, gdy spiesząc się nie wyrobiłam na zakręcie.

Nigdy też nie miałam okazji pracować w ogródku. Pierwszego dnia kazano mi wziąć haczkę, a ja zupełnie nie wiedziałam, co to jest i do czego służy. Sadzenie, kopanie, a potem zbieranie plonów okazało się ciężką praca, ale jaką satysfakcjonującą. Ogród rozkochał mnie w sobie. Gdy nastała zima, brakowało nam wszystkim tego wysiłku na świeżym powietrzu. Zostało jedynie zjadanie przetworów z sadu i własnych grządek. Taka mniej romantyczna wersja wspominania lata, choć są i tacy, którzy romantyzm potrafią dostrzec także w jedzeniu.

Kiedy padło na zakrystię, nie wiedziałam jeszcze, że swoim roztrzepaniem i pomysłami wpiszę się wyraźnie w pamięć tego domu. Poznawałam tajniki bielutkich obrusów, alb, czy bielizny kielichowej. Ścinanie woskowych świec, tak, by płomień był równiutki. To już było oznaką zaawansowania. Wzrok uważnego obserwatora padał zawsze na nie w czasie Mszy Świętej. To było jedno z tych „zadań” do wykonania, których musiałam się nauczyć. Czułam się jakby od równości płomienia zależało zbawienie nie tylko moje, ale i wszystkich modlących się w kaplicy. Jednego dnia stanęły na ołtarzu świece wypełniane oliwą. Kiedy jedna zgasła, staruszek ksiądz, bez chwili zastanowienia przechylił ją, chcąc odpalić od tej, która płonęła. Po kaplicy rozległ się jęk wstrzymanego oddechu tych bardziej zorientowanych, i oczekiwanie. Parafina się wylała na obrus i miałyśmy prawie pożar. Na szczęście zakończyło się to tylko wielką plamą – niespieralną i bólem głowy zakrystianki. Każda próba układania przeze mnie dekoracji z żywymi kwiatami finiszowała niepowodzeniem i wcale nie cieszyły one oka. Cóż, florystki w sobie nie odkryłam. Jednak nic nie przebije efektu pewnej mojej nadgorliwości. Któregoś przedpołudnia wpadłam na genialny pomysł. Przyglądając się staremu i dostojnemu welonowi do Najświętszego Sakramentu, postanowiłam go wyprać. Nalałam wody do bali i zamoczyłam, dumnie pozostawiając go na dłuższy czas. Kiedy wróciłam by sprawdzić efekt mojej błyskotliwości, piękne, wyszywane kłosy zbóż – jak się okazało złotem – pościły farbę, która wżarła się w biała tkaninę. Skąd mogłam wiedzieć że takich rzeczy się nie moczy? Mogłam zapytać, ale sądziłam że zrobię miłą niespodziankę i pochwalę się tym wyczynem. Niespodzianka była rzeczywiście ogromna. Wprawiła w płacz nie jedną siostrę. Nie pomogły godziny zapierania, namaczania w jakiejś chemii. Wszelkie próby ratowania nie powiodły się. Jedyny, piękny i ręcznie zdobiony welon, pamiętający jeszcze siostry, które teraz już z góry przyglądały się tej całej sytuacji, uległ nieodwołalnemu zniszczeniu. Nie wiedziałam gdzie się schować ze wstydu i jak naprawić szkodę. Zostało mi przeprosić i przyznać się, że chciałam na własną rękę coś pokombinować. I tu świetnie sprawdza się mądra zasada w zakonach – pytać o wszystko. Nie pytałam i poniosłam tego konsekwencje. Potem był stojak pod lekcjonarz. Złamana nóżka ślicznego drewnianego cudeńka. Innym razem wybrałam się rowerem po zakupy, nie trudno domyślić się, że jedynym… ukradziono mi go. Matko! Ja to mam pecha! Miałam wrażenie, że wszystko czego się dotknęłam ulega rozpadowi.

Przyglądając się sprawie uczciwie widzę, jak wtedy koncentrowałam się wyłącznie na efekcie mojego obowiązku, bardziej niż na samej pracy. Stąd napięcie, niedokładność i obawa przed oceną. Nie podchodziłam do niej jak do miejsca, w którym mogę się czegoś uczyć, gdzie mogłam wzrastać, by później obdarowywać innych swoim wysiłkiem, ale jak do przestrzeni, w której jestem testowana. Zrównałam efekt swojej pracy z wartością siebie. Wyszło – jestem ok. Nie wyszło – jestem beznadziejna. Nie akceptowałam porażki i ciężko mi było przyjmować wszelkie rady czy wskazówki. Chęć zaspokojenia własnych ambicji i bycia lubianą była większa niż bezinteresowność. Ten cały niewłaściwie ustawiony świat przynosił nieustanne niezadowolenie oraz mnożące się oczekiwania względem siebie i innych. Praca stała się zakłamanym sposobem badania, jak wartościowym jestem człowiekiem. I można by rzec – na szczęście miałam wiele okazji ku temu, aby coś mogło się zmienić. Te wszystkie potknięcia, niepowodzenia, rozczarowania, których doświadczyłam, były mi niezmiernie pomocne. Owszem, byłam lubiana i pokładano we mnie jakiś rodzaj nadziei, że „wyrośnie” ze mnie porządna siostra. Ale kiedy zawodziłam siebie i innych, trzeba było na nowo weryfikować zarówno swoje motywacje, jak i fundament, na którym próbowaliśmy budować wzajemne relacje.

Zima się przeciągała tego roku. Rozpoczęte studia zaczynały mnie wciągać coraz bardziej. Próbowałam wyobrazić sobie siebie za kilka lat, ale za bardzo nie byłam w stanie tego uczynić. Przytłaczała mnie myśl, że mogę nie dać rady zrealizować narzuconych przez siebie zadań. Właśnie – przez siebie. „Dlaczego tak się meczę?”- usłyszałam któregoś dnia. Nie mogłam znaleźć innej odpowiedzi jak ta, że męczę się ze sobą, ze swoim życiem. Jak więc żyć radośnie, jak podchodzić do codzienności z otwartym sercem, jak nie zrażać się upadkami, kiedy samemu dla siebie jest się przeciwnikiem? Jak pojednać się i przekazać swemu życiu pocałunek pokoju? Jak?

Póki tego nie zrobię, nie będę szczęśliwa. Nie ważne gdzie, w jakim stanie czy pracy. Życie wymaga większego zaangażowania niż tylko oddychanie i zaspokajanie podstawowych potrzeb. Życie to podroż świadomego podróżnika, który znając dobrze wartość swojego istnienia wie, skąd pochodzi i dokąd zmierza. W przeciwnym razie staje się ono jękiem walczących ze sobą pragnień.

Ja, moje, o mnie, dla mnie, przeze mnie, ze mną, beze mnie. Nastawienie, które chce tylko czerpać, by osiągnąć szczęście, nie widząc bądź nie wiedząc, że można inaczej do niego dotrzeć.

Kiedy jest się człowiekiem nieprzekonanym o wadze swojego życia, o jego wyjątkowości i ogromnej wartości, to każda wykonywana czynność, praca czy zadanie, stają się okazją podbudowywania siebie. Udowadniania sobie i innym, że jest się coś wartym. Wydajność jest oznaką bycia cennym, użytecznym, potrzebnym. W takim układzie wszelka ułomność, niezaradność i nieumiejętność są podstawą odrzucenia. Zmaganie siły ze słabością, zdrowia z chorobą, młodości ze starością, życia ze śmiercią. Jesteś cenny, gdy jesteś zdrowy, piękny, młody i masz za co żyć. Twoja wartość spada z każdym rokiem życia, z każdą dodatkową słabością i dolegliwością…

Skąd się to bierze w człowieku? To kłamstwo powtarzane od tysięcy lat. Jakby wielkie siły sprzysięgły się przeciw życiu człowieka. Okłamywały o jego wartości uwarunkowanej użytecznością. Wpajały zachowania potrzebne, by przetrwać w bezlitosnym świecie konkurencji. Wmawiając, że wartość człowieka nie jest w nim samym, tylko się ją udowadnia, zdobywa i można ją stracić.

Tej zimy również pojawiło się istotne pytanie wewnątrz mojego serca, na które musiałam sobie odpowiedzieć. Czy ja wiem dokąd zmierzam? Jakie są moje motywacje bycia  w tym miejscu i czy jestem gotowa ponieść wszystkie konsekwencje tego wyboru? Starałam się uczciwie podejść do sprawy, ale tak wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałam, że tylko powierzchownie mogłam na nie odpowiedzieć. Świadomość siebie przychodziła z każdym dniem, coraz większa i nie była łatwa. Okazywało się, że często bardziej szukam i potrzebuję akceptacji innych, niż chcę bezinteresownie służyć drugiemu. Że tak bardzo chciałam już zacząć swoje życie i „uciec” z domu, że może i bez znaczenia było gdzie, byle daleko. Chciałam też udowodnić sobie i innym, że jestem dorosła, odpowiedzialna i zaradna. Wszystko to oczywiście nie było świadome, ale ukryte wewnątrz mnie, a stawanie twarzą w twarz z prawdą o sobie powodowało ścisk w żołądku i chęć dalszej ucieczki. Tyle, że od siebie nigdy się nie ucieknie.

*

Jeśli czytając to, masz wątpliwości, po co to wszystko opisywać…

Zapiski te są próbą ubrania w słowa skomplikowanego wewnętrznego świata, nieustannej walki o bycie kochaną, dostrzeżoną i docenioną, poszukiwania swojego miejsca w świecie. Konsekwencji z tym związanych. Wagi jaką niosą ze sobą wybory, decyzje, błędy, ale i sukcesy. By ostatecznie zostać ukształtowaną i ukazać się światu przemienioną, a nie pokonaną.

c.d.n

A photo by Natasha Vasiljeva. unsplash.com/photos/pRQ_G-un4xs

Reklamy

24 thoughts on “Odejścia i powroty. Odcinek 2.

  1. Niesamowity tekst. Wciągnął mnie całkowicie od początku do końca – prawie jakbym czytała książkę :) Opowiadasz niesamowitą historię i choć wiem, że z pewnością Twoje perypetie w chwili zdarzenia nie były zabawne, to momentami parskałam śmiechem :) Chyba najbardziej rozbawił mnie ten rower, choć to bardziej ten typ nerwowego śmiechu, bo co jeszcze z takich rzeczy mogło Cię jeszcze spotkać? Widać, że nie miałaś szczęścia do prac, jakie miałaś wykonywać. Choć nie stawiałabym tutaj na nieporadność, ale na stres, który Cię pewnie zżerał za każdym razem, kiedy myślałaś, że ciąży na Tobie brzemię jakiegoś obowiązku. Całkowicie zakochałam się w tej historii i czekam na ciąg dalszy :)

    Lubię to

    1. to prawda, że po czasie nieraz potrafimy się śmiać z naszych potknięć.
      ktoś kiedyś powiedział tragedia to to, co przydarza się nam, a komedia to to, co przydarza się innym ludziom. Albo inna wersja: komedia = tragedia + czas ;)

      Polubione przez 1 osoba

      1. a jestem ciekawa Magdaleno, jak Ci się teraz układają relacje z mamą?
        Czy np lubi ona Twojego męża? A Ty lubisz się ze swoją teściową?
        Może napisz jakiś post na ten temat jako doświadczona mężatka, bo mnie ciekawi od kuchni, jak to jest naprawdę z tymi teściami i teściowymi :)

        Lubię to

  2. no miło mi :)
    znam dziewczynę, która mi właśnie opowiadała, że udało jej się wyjść z długów i pospłacać kredyty. Sama teraz prowadzi kursy finansowe podała mi link do strony http://www.crown.org.pl
    Trochę może radykalne, ale czasem skoro inne rozwiązania się nie sprawdzają, może dobrze jest spróbować czegoś innego.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się opis zimy na samym początku.
    Po lekturze całego tekstu muszę stwierdzić, że jednak jest prawdą to, że od naszego nastawienia wiele zależy. Naprawę wszystkiego zawsze należy zaczynać od własnej osoby :)

    Polubione przez 1 osoba

  4. ciekawe…moja mama też miała w zwyczaju wszystkich wyręczać. Przez to i ja wielu rzeczy się nie nauczyłam, tak więc nie martw się, gdybym ja była w takim zakonie z pewnością poradziłabym sobie o wiele gorzej :) Matka zwykła powtarzać: Kuchnia to moje królestwo i nie trzeba dodawać, że niezbyt chętnie tam kogoś wpuszczała. Ewentualnie mógł wejść, ale najlepiej żeby usiadł i nic nie dotykał. Jak się można domyślić w ten sposób nie nauczyłam sie nigdy gotować.
    Czasem zdarzały nam się próby nauki gotowania, ale wówczas napięcie w kuchni wzrastało do tego stopnia, że ktoś musiał wyjść. Z reguły byłam to ja. Nie byłam w stanie przyjmować tych nauk matki, bo wygłaszała je zawsze z nieprawdopodobną wyższością i zawsze, ale to zawsze znalazła dziurę w całym. Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś kiedy byłam mała i zamiotłam w kuchni skrytykowała mnie, że „zamiatam w złą stronę”. Byłam zaskoczona, bo nie przypuszczałam, że są jakieś strony, w które można zamiatać. Męczyło mnie to potem i wielokrotnie robiłam ankietę wśród ludzi: Czy uważasz że pomieszczenia można zamiatać tylko w określoną stronę? Nikt inny o tym nie słyszał.
    Bardzo często w nadopiekuńczości nie chodzi o dziecko, tylko o matkę. Matka czuje się dobrze, bo wszystko umie i wszystko jej wychodzi. To nieważne, że dziecko czuje się źle i nic mu nie wychodzi.
    Przez takie krytyczne podejście dziecko może mieć problem z podejmowaniem decyzji. Jeśli nawet zamiatać nie umie, to jak ma uwierzyć, że jest w stanie podjąć ważne życiowe decyzje?
    A czasem rodzice za szybko wymagają od dziecka dorosłości. Ono dorosłe się nie czuje, ale chce spełnić oczekiwana rodziców więc bierze sobie na swoje barki za dużo obowiązków i odpowiedzialności. Potem ugina się pod tym ciężarem. Wiec zawsze należy stawiać rozsądne oczekiwania, dostosowane do danego dziecka.
    A co do rozmawiania przez telefon to ja to uwielbiam :) Ja już tak mam, że stres muszę zrzucić z siebie rozmawiając (kobiety często tak mają). Długie rozmowy do teraz spełniają w moim życiu funkcję terapeutyczną i wiele razy w trudnych chwilach ratowały mi życie :)
    Jak byłam młodsza gadałam w nieskończoność z moją psiapsiółką – wtedy płaciło się za połączenie niezależnie od długości – to były czasy! A w liceum też na wszelkie kłopoty – telefon do koleżanki i omawiamy wszystkie sprawy :) Teraz staram się jednak być bardziej wyrozumiała i pogodzić się z myślą, że nie każdego takie rozmowy uszczęśliwiają. Niektórzy wolą chyba kontakty twarzą w twarz.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Bardzo ciekawy wpis dla osób, które poszukują sensu istnienia. Jak większość ludzi też poszukuję sensu życia. Mimo wieku 56 lat, często zastanawiam się, czy to co robię, to jest to, co chciałbym robić.
    W ostatnim okresie czasu brałem udział w seminarium „Biblia o finansach”. Dla mnie takim ważnym stwierdzeniem, któremu dużo czasu poświęcam i staram się go zgłębić jest: „twoja sytuacja finansowa jest odbiciem twojego stanu duchowego” . Stawiam więc sobie pytanie, jaki jest stan mojego ducha wewnętrznego?

    Polubione przez 1 osoba

    1. tak, mnie tez to nieraz nurtuje, czemu niektórzy ludzie mimo że się starają, ciężko i uczciwie pracują to całe życie walczą z problemami finansowymi, niespłaconymi kredytami etc
      Wpadła mi w ręce taka książka Uzdrowienie finansów. jak z Bożą pomocą wyjść z długów. Ciekawe, bo też opiera się na Biblii no i są polskie realia. Są tam też świadectwa osób, które doświadczyły uzdrowień finansów, choć po ludzku patrząc byli w sytuacji beznadziejnej.

      W skrócie powiem tylko że hojność popłaca, bo pieniądze wracają. Pomijam aspekt religijny, że jałmużna dawana potrzebującym gładzi wiele grzechów. No ale największe korzyści daje dawanie dziesięciny czyli 10 % swoich dochodów na cele ewangelizacyjne. Oczywiście ci z długimi krzykną zaraz: to jakieś szaleństwo, jak mam dawać kiedy sam nie mam? No cóż, każdy musi sam spróbować.

      Nie dawajmy dziesięciny automatycznie, nie ustawiajmy sobie stałych zleceń, ale kiedy ją dajemy zatrzymajmy się i zwróćmy się w modlitwie do Boga. To niezwykła rzecz się dzieje. Przekazujemy Bogu 10 % naszych dochodów, a On obiecał nam otwarcie niebios i błogosławieństwo. Przypomnijmy Mu o tym, powiedzmy, że wierzymy, w to, co obiecał. Trzymajmy Go za słowo. Wszystkie Jego obietnice przecież znalazły swoje Tak w Jezusie.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s