Moc, która została mi podarowana.

Zmieniając nieco ton wypowiedzi, chciałam opowiedzieć Wam o tej tzw.”super mocy”, którą prawie dwa lata temu otrzymałam. Po pierwsze nie sądziłam, że kiedykolwiek będę mamą. Bardziej wtajemniczeni obserwatorzy już wiedzą, że wybrałam się niegdyś do zakonu (tutaj), więc tym bardziej sprawa jest ciekawa. Dla niecierpliwych polecam łyk dobrej kawy i jakiś smakołyk na rozładowanie emocji, ponieważ teraz tego nie będę wyjaśniać ;)

Samotność leżała na mnie jak ulał i choć miłość nie raz pukała do mych drzwi (zobacz), to jednak jeszcze się u mnie nie zadomowiła. Zresztą nigdy, przenigdy nie marzyłam ani o małżeństwie, ani o dziecku. Dziwne? Przynajmniej trochę, no ale chyba taka już jestem – niestandardowa –  cokolwiek standard miałby w przypadku kobiety oznaczać. No może czasem o szalonej miłości dumałam, takiej z pięknych czarno-białych filmów, jednak nie o solidnym związku i rodzinie. Ale do rzeczy. Teraz jestem mamą i nie zamieniłabym tego na nic! Dzięki temu wielkiemu szczęściu mogę powiedzieć, że macierzyństwo przemienia. Przemienia też małżeństwo, ale o tym innym razem.

Już jest.

Ten pierwszy moment, kiedy dowiedziałam się, że noszę w sobie maleńkie życie, był wyjątkowy. Tą wyjątkowość otrzymałam z dniem, gdy córeczka na dobre się rozgościła w brzuchu mamy. Wyjątkowość ta  – ma się rozumieć – jest udziałem każdej niewiasty posiadającej potomstwo, nie ważne jak liczne czy nieliczne. Nasza pierwsza kruszyna – bo mamy nadzieję na więcej – była oczekiwana i wymodlona. A teraz już jest! We mnie kształtował się nowy człowiek. Cały nowy, wielki – choć jeszcze tak maleńki – świat. Przez dziewięć miesięcy rosła, nabierała sił i przygotowywała się na to, by uszczęśliwić nas jeszcze bardziej, niż dotychczas. To był cud, który nieustannie trwa. I choć wtedy jeszcze nie wiedziałam czy będzie chłopcem czy dziewczynką, to radość zalewała mnie na samą myśl, że już jest.

Zmiana.

Okazuje się, że wszystkie moje myśli i wyobrażenia zaczęły krążyć wokół córeczki i z troski o nią. Naturalne skoncentrowanie na sobie, ten tak zwany egoizm – wcale nie zdrowy – wycofywał się powoli, gdy zaczynałam się zastanawiać, co jest dobre dla dziecka. Ciekawe, że miłość do córeczki obejmowała – siłą rzeczy – i mnie. Troska o nią, była troską o siebie. Niezdrowa miłość własna była przemieniana w uporządkowaną miłość siebie. Różnica polegała na tym, że nie kocham siebie wykluczając innych, ale kocham siebie i innych. Kocham siebie przez wzgląd na innych. To co kiedyś było niemożliwe, z dnia na dzień zaistniało dzięki temu maleństwu, które jeszcze nie ma o niczym pojęcia. Córeczka uczyła mnie jak dbać bardziej o swoje zdrowie, niż dotychczas, przez wzgląd na tych, których kocham. Teraz przecież jestem potrzebna, dużo bardziej niż kiedyś.  

Odkrycie nowych możliwości:

1. Nie śpię, a żyję i to całkiem nieźle.

Teraz córeczka ma czternaście miesięcy. Codzienność ze szkrabem przyprawia mnie o stany tak odległe w skali diagnostyki medycznej, że muszę stwierdzić swoją wyjątkowość po raz kolejny.  Przeciętny dzień z mojego życia – kiedy właściwie się on zaczyna, a kiedy kończy? Tu pojawia się problem. Jak dla mnie, nie do rozwiązania – póki co. Załóżmy że początek dnia, to pierwsze, bardziej trzeźwe przebudzenie po tzw. nocy. Pisząc trzeźwe, mam na myśli wyłącznie dziecko. Jest trzecia w nocy czasu środkowoeuropejskiego, albo coś koło tego. Cisza głucha i tylko słyszę obok ucha…”maaama, maaama”. Po chwili płacz. Czasem jest najpierw płacz, nerwowe turlanie, kopanie mnie, a potem słodkie „mama”, tak niegdyś wyczekiwane. „O matko, znowu…” – myślę sobie. Ciekawe, że i ja wzywam swoją mamę, czyżby to pozostałości z dzieciństwa, jakieś nieświadome przekonanie, że tylko ona może pomóc? Chwila bezruchu z mojej strony nie pomaga, mojej mamy tu nie ma, więc czas działać. – Ciii cichutko… Pierwsza próba uspokajania, która otwiera nowy rozdział tej długiej nocy. Czasem udaję że śpię, mając nadzieję, że i ona zaśnie sama. To zaśnie sama, to największe z moich marzeń, od momentu porodu i choć nierealne, ciągle karmię się nadzieją, że może tym razem uprzejmie zrobi mi wyjątek i zaśnie spokojnie… Ale nie, niestety. Zaczęło się. Córcia rozpoczyna swój około godzinny, czasem dłuższy rytuał. Szarpanie mnie za włosy, turlanie po głowie, oraz turlanie z szarpaniem przerywane stawaniem na głowie. Próbuje zasnąć, stara się jakoś, ale nie może. Dopiero jak się zmęczy tymi fikołkami, to wtula się we mnie i zasypia. Nie na długo, bo na jakieś dwie godziny. Malutka od urodzenia była szczególnie wrażliwa na każdy ruch i nie dała mi za daleko odejść. Wyczuwała mnie od razu i jak tylko próbowałam wstać, czy ją odkładać, to budziła się z wielkim płaczem. Próbowaliśmy naprawdę wszystkiego. Łóżeczko, noszenie i odkładanie, długie bujanie- oj bardzo długie. Wózek. Masowanie. W końcu przyjęliśmy to, jaka jest, i teraz zasypia ze mną w łóżku. Kiedy liczę, ile sypiam, to od ponad roku nie mogę doliczyć się więcej niż pięciu godzin. Bywa że są dwie, trzy. Jak to możliwe tak żyć? Sama nie wiem. Jest coś takiego w nas mamach, jakieś siły niespożyte, których wyczerpanie bywa prawie niemożliwe. I choć powtarzam często, że „już nie mam siły”, to wiem, że mam ich jeszcze dość sporo.

2. Wstaję – choć normalnie w takim stanie – nigdy bym nie wstała.

Świta. Nieunikniona pobudka. Czuję każdą swoją komórkę ciała – „ała”… Podobno to znak, że żyję, a to chyba dobrze, więc za bardzo się nie martwię. Czasem się zdarzy, że jeszcze śpię, kiedy budzi mnie mała rączka, energicznie klepiąca mnie po twarzy lub szarpiąca za włosy. I znów moje „ała” staje się pierwszym słowem nowego dnia. Podobno aby dzień był udany, konieczna jest dobra gimnastyka, więc dbając o swoją mamę, córeczka nie zawodzi. Przy próbie przebierania następuje intensywny dość trucht, choć tętno niemiarowe, gdy próbuję złapać golasa i gonię go po całym pokoju. Kiedy następuje zdecydowany opór, trzeba troszkę sprytnych sposobów. – „Popatrz jaki miś na koszulce”  – hyc rękawek – „on się uśmiecha i jakie ma oko” – druga rączka. Podobnie cała garderoba ląduje na swoim miejscu. Uff. Teraz uratowałaby mnie kawa. Kawa… moja miłość niespełniona. Niestety, odwyk trwa.

3. Cierpliwość, którą odnajduję w sobie na nowo.

Próbując zjeść swoje śniadanie, jednocześnie łapię kaszkę, która z zapałem jest wlewana do kubka, i z kubka do miski, i na blat, i jak się da, to z powrotem. A jak już się nie da, to kubek i miska lądują na ziemi z zawartością lub bez. Wtedy rozlega się owo dzidziusiowe – „nie ma”. O zaiste, to filozoficzne stwierdzenie towarzyszy nam, przy każdej niemal czynności. To musi być prawdopodobnie intuicyjne postrzeganie świata. Coś jest, albo tego nie ma. Proste prawda? A my tak komplikujemy sobie wiele spraw i nie wiadomo po co… Potem sprzątanie, kuchnia czasem zalana, jak jest w jadłospisie rzadsza zupa, no ale tak bywa przy blw.

Teraz dopiero mogę się trochę ogarnąć, choć bywały dni, szczególnie jak była młodsza, że cały dzień chodziłam w piżamie. Zaznaczam, że do sklepu w niej nie wychodziłam, choć jak bym wyszła, to mogłabym długo tego nie zauważyć.

Kiedy zaczynam przygotowywać obiad, córeczka też zabiera się do gotowania i wyciąga wszystkie rzeczy z szafek. Ulubionym sprzętem ostatnio są tarki oraz sitko, takie największe, no i oczywiście kawiarka. Obnosi ją po całym domu i wkłada do niej co się da, mówiąc przy tym swoje ulubione – „nie ma”. Gdy wszystko jest już na gazie, bawimy się w „kto pierwszy ten lepszy”. Moim zadaniem jest utrzymać ogień pod obiadem, a córeczka próbuje zakręcić kurki.  Z wygraną bywa różnie, choć obiad zazwyczaj jest podany. Na nic moje przynoszenie zabawek, najciekawsze jest to, co robi mama w kuchni. Zawsze byłam nerwus i czasem jeszcze teraz szybko się palę by podnieść głos, jednak kiedy patrzą na mnie jej piękne szare oczka, to serce od razu mięknie.

Codzienna rutyna, te same obowiązki i zadania wymagają ode mnie wiele cierpliwości. Mały człowiek potrzebuje mojej cierpliwości, by wkraczać w świat spokojnie i z radością, a nie pełen napięcia i lęku.

4. Planowanie.

Kiedy kładę ją na popołudniową drzemkę (ostatnio zaczyna z niej rezygnować – ratunku!), albo raczej, gdy po kolejnej serii nieprzewidywalnych wygibasów zaśnie, staram się przede wszystkim pozbierać myśli. Mam teraz odrobinę ciszy, by zebrać to, co się we mnie nagromadziło. Czuję jak wielka fala wyobrażeń, słów i skojarzeń przetacza się przez moją głowę. Co i jak zrobić, gdzie i kiedy, po co, dlaczego… Właśnie, dlaczego my tyle myślimy? Podobno mężczyźni posiadają prosty mechanizm w sobie, działający na zasadzie włącz-wyłącz, i mają tą błogosławioną przestrzeń zwaną nothing box (posłuchaj: czym się różni mózg kobiety od mężczyzny). Oni potrafią nie myśleć – jak to możliwe? – Nie wiem. Ja myślę na okrągło, co nie znaczy, że coś porządnego wymyśliłam, choć też się zdarzy. Na przykład – rozpoczęłam planowanie systematyczne. Wiedząc, że nie mam za wiele czasu na działanie spontaniczne (choć głownie w moim życiu to wszystko opiera się na spontaniczności), to biorąc za wzór porządne mamy i ich rady, zaczęłam planować. Na razie na małej przestrzeni, ale zawsze coś. Plan ułatwia mi przede wszystkim ogarnięcie mnie samej, a potem świata z maleństwem. Robiąc plany, zawsze można je zmieniać i dostosowywać do nowych sytuacji, w ten sposób unikać rozczarowań. Mam wtedy taką namiastkę poczucia, że „ogarniam sytuację” –  chociaż troszeńkę.

5. Odwaga.

Dawno, dawno temu, kiedy żyłam sobie sama, nie odzywałam się nie pytana. W ogóle zabierałam głos tylko w ciasnym gronie i na tematy które mnie interesowały. Raczej nie brałam udziału w publicznych debatach i nie wypowiadałam wielkich opinii. Uciekałam wzrokiem, wolałam być anonimowa, niż wikłać się w coś, co nie jest „moim światem”. Nie ryzykowałam utraty „dobrej opinii”. Tymczasem bardzo się zmieniłam. Widzę siebie i dziwię się, że podnoszę głos i zdecydowanie wypowiadam swoje opinie. Nie chodzi o krzyk, ale o sytuacje w których trzeba zdecydowanie zareagować. Gdy widzę coś, co mnie niepokoi, co może być zagrożeniem dla córeczki – reaguję, zwracam uwagę i nie boję się tego. I choć nie jest to bliskie mojej naturze – takie przedzieranie się przez życie – to budzi się we mnie uśpiona lwica. Dorastam, ciągle dorastam i dojrzewam.

6. Duma i zadowolenie ze swojego życia.

Jestem dumna. Tak ! I nie piszę, że jestem dumną mamą, bo to nie to, w każdym razie – nie tylko. Chodzi tu raczej o zdecydowane odczucie, że życie w końcu znalazło swój tor przeznaczony mu od zawsze. Że moje życie wkroczyło w swoje ramy i wie dokąd zmierza. Z tego jestem dumna. Nie wierzyłam, że dotrę. W ogóle nie wierzyłam, że jest najmniejsza szansa, że kiedyś powiem: „jestem szczęśliwa”. Dotarłam do tego miejsca, w którym rozpoczęło się moje szczęście, a teraz mogę czerpać i rozkoszować się widokami. Krajobraz się zmienia i różnie bywa, ale jednym z piękniejszych obrazków do tej pory były narodziny dziecka. 

7. Ogromna radość.

Dzień mija intensywnie, ale więcej jest tych chwil, dzięki którym mam w oczach łzy szczęścia. Czasem śmieję się i już nie mogę. Przebywanie z córeczką, nasze wariactwa i jej nieporadność, próby mówienia, chodzenia, wszystko co robi z tym swoim naturalnym zaangażowaniem – stają się moją pasją, a obserwowanie jej ogromną radością. Ja naprawdę nigdy tyle się nie śmiałam. Zmarszczki wokół oczu wyraźnie o tym świadczą.

A jednak,

muszę przyznać, że nie sądziłam, że to będzie takie trudne. Zaparcie się siebie potężne, post od wielu rzeczy i spraw, kontaktów, wydarzeń. Ciągła nauka kochania pomimo –  choć czuję, że mama kocha zawsze. Wybieranie nie tego co dla mnie wygodne, ale szukanie tego, co dobre dla niej, dla jej rozwoju. Mąż patrząc na mnie stwierdza, że daję za wiele kosztem siebie. A ja uważam, że powinnam dać jak wiele tylko mogę i jestem w stanie. Nie zatracając siebie, ale służąc jej w taki sposób, by odchodząc kiedyś z domu, zawsze chciała do niego – do nas wracać. Codziennie widzę i doświadczam, że kochanie tego maleńkiego człowieka jest dla mnie błogosławieństwem, a jej bycie z nami, największą szkołą miłości i człowieczeństwa.

Jak wiadomo, zawód mama jest bardzo popularny. Tu i ówdzie słychać o nowych zatrudnionych do tej wyjątkowej i elitarnej „pracy”. Pomimo iż jest już tak wiele specjalistek, to co rusz pojawia się nowa konkurencja. Rynek nigdy się nie nasycił i wciąż, z ogromnym zaangażowaniem, kolejne panie przekraczają próg wtajemniczenia w „byciu mamą”. Umiejętności pomimo krążących plotek, nie są niestety wlane. Ich pozyskanie związane jest z ciężkimi, wielogodzinnymi praktykami i trwają do końca życia.

Macierzyństwo.

Spokojnie można by otworzyć osobną bibliotekę narodową, aby o nim opowiedzieć. Jest jak dobra telenowela, jednak o wiele inteligentniejsza, choć i tu zwroty akcji gwarantowane. Thriller, komedia, love story. W nim znajdziesz wszystko.
Na podstawie własnego macierzyństwa zebrałam tych kilka myśli i zapewniam Cię, że prawa do nich nie są zastrzeżone. I choć wyłącznie moje, to jestem pewna, że całkiem zwyczajne w świecie mam.

Reklamy

66 thoughts on “Moc, która została mi podarowana.

  1. Pięknie napisane…. jak byłam mała to jeździliśmy do rodziny, gdzie była czwórka dzieci. 3 chłopców i 1 dziewczynka. Fajnie tam było, błagałyśmy rodziców żebyśmy tam mogły zostać dłużej, na parę dni czy na noc, ale oni nie i nie. Byli nieugięci. Argument był następujący: będziecie tam tylko przeszkadzać.
    My na to tłumaczyłyśmy, że pytałyśmy i oni chcą, żebyśmy przyjechały. Odpowiedź rodziców: z pewnością żartowali i wcale tak nie myślą.
    Ręce opadają, taki brak zaufania do nas. Uważali że pójdziemy tam i zaraz narozrabiamy, a my byłyśmy grzeczne i dobrze wychowane. Kolejna fiszka do szuflady pt. Rzeczy z dzieciństwa, których nie potrafię zrozumieć.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ne martw się, jeszcze trochę i wszystko się poukłada, córeczka zacznie przesypiać noce i wtedy spojrzysz na świat odrobinę inaczej. To wielkie szczęście być wyspaną mamą🙂
    Kiedy czytałam, co napisałaś, to przypomniały mi się nasze, moje i starszej córki, chwile. Ja bardzo się na początku buntowałam, chciałam mieć chociaż chwilę dla siebie, a jednocześnie nie potrafiłam jej odstąpić na moment. To ustąpiło nawet nie wiem kiedy. Po prostu pogodziłam się z faktem, że moje dawne życie leży na półce, na którą na razie nie sięgam. I ułożyłam sobie wszystko od nowa.
    Jest inaczej, trochę trudniej, ale piękniej. A kiedy bałam się, co będzie, kiedy młodsza córeczka pojawiła się na świecie czy będę ją kochać tak samo mocno czy dam sobie radę, okazało się, że to całe myślenie było psu na budę. Kocham, daję radę i jest łatwiej, po tych pierwszych trudach, bo siostry pomagają sobie (chociaż nie zawsze i nie do końca jest różowo) i wiele spraw rozwiązuje się samoistnie.
    Swoją drogą to jest naprawdę magia i czary skąd my bierzemy tę siłę – spać po 2, 3 godziny przez wiele miesięcy, a mimo to funkcjonować. I to na najwyższych obrotach.
    Pięknie to wszystko opisałaś.
    Pozdrawiam cieplutko – Magda

    Lubię to

    1. Cudownie tak sobie pogadać jak matka z matką :) Tak, mam nadzieję że wszystko znajdzie swoje miejsce w naszym domu i ja odnajdę w sobie pewność – taką do końca – że będzie dobrze. Oczywiście się zamartwiam, ale to nic dobrego nie przynosi. Przedziwne jest to, że juz myślę i pragnę kolejnego dziecka :)

      Lubię to

      1. ja też myślę ostatnio coraz częściej o jakimś słodkim dzidziusiu i tak mnie rozczulają napotykane małe dzieci…co dziwne z reguły uśmiechają się do mnie mali chłopcy, czy to jakiś znak? ;)
        Słyszałam teorie, że kiedy spotykamy Tę Właściwą Osobę to wtedy dopiero mamy ochotę na dziecko. Zgadzam się z tym w zupełności. Ostatnio przychodzą mi do głowy wizje siebie nie z jednym a z cała gromadką! Sama nie wiem ile bym chciała mieć dzieci, ostatnio przyszła mi do głowy prosta odpowiedź: ile Bóg da. On wie najlepiej, jaka liczba będzie optymalna. Oczywiście nie można być nigdy zbyt pewnym czy się z natury łatwo zachodzi w ciążę, ale pocieszam się że np.Terlikowscy tez się starali, starali, w końcu pomogła modlitwa, a teraz mają piątkę. Piątka to trochę dużo, ja myślę raczej o dwójce, trójce :)
        koleżanka z liceum ma czwórkę i mówi, że po każdym dziecku czuje się piękniejsza, bardziej kobieca i spełniona. no i widzę różne kobiety co urodziły dziecko niektóre wyglądają naprawdę na bardzo szczęśliwe. Tak się tu zwierzam, choć wiem, że posiadanie dzieci nie jest zbyt modne w dzisiejszych czasach, mam nadzieję Magdaleno ze mnie nie wyśmiejesz…

        Lubię to

      2. My planowaliśmy czwórkę :)Many tez już swoje lata :P wiec zobaczymy. To piękne pragnienie i jest wpisane w naturę kobiety. Nic dziwnego że są wtedy piękniejsze gdy się spełnia.

        Lubię to

  3. Dla mnie największym zaskoczeniem macierzyństwa było odkrycie w sobie pokładów cierpliwości, o które się zupełnie nie podejrzewałam :) Świetny post, z jednej strony osobisty, z drugiej ponadczasowy. Myślę, że wiele kobiet – matek odnajdzie się w tym co napisałaś.

    Polubione przez 1 osoba

      1. Myślę, że ważne jest żeby skorzystać z szans które się pojawiają podsunięte przez los. I starać się nie psuć tych okazji, choć każdy ma swój cień – takiego złośliwego trolla, co siedzi w naszej głowie i zawsze nam chce zepsuć to co zbudujemy :) Trzeba go jednak poskramiać.
        A on najbardziej lubi psuć związki damsko-męskie. Niby każdy marzy o miłości ale jak nadchodzi to mamy ochotę schować się nieraz pod kołdrę. Boimy się porażki…a może tego że się uda?
        Czytałam kiedyś świetny reportaż o tym. Jest w necie, wystarczy wpisać: „Trzeba zepsuć tę miłość”.

        Polubione przez 1 osoba

  4. Skąd ja to znam. My mamy już tak mamy. Macierzyństwo odkrywa przed nami nowe karty każdego dnia. Każdego dnia nas testuje, czasami się dziwię skąd biore do moich urwisów tyle cierpliwości i miłości. Jest to niewytłumaczalne.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Tyle tematów poruszasz w tym tekście, że nie wiadomo co skomentować. Chciałoby się wszystko, ale wyszedłby z tego osobny post ;) Napiszę więc tylko, że świetnie piszesz… i że chciałabym też mieć taki wyłącznik do wyłączania myślenia. Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

  6. ale się uśmiałam z tego wykładu Marka Gurgona, czym się różni mózg kobiecy i męski :) No ale nie sposób się z tym nie zgodzić…takie kobiece słabości w pigułce. Widzę że opublikował różne wykłady jak osiągnąć dobre małżeństwo itp. Myślisz Magdaleno, że to może być ciekawe?

    Polubione przez 1 osoba

  7. albo przyszło mi do głowy coby dziecko czymś zająć jak kwili puść mu może takie piosenki dla dzieci typu Jadą jada misie albo Zielone słonie. Będzie sobie tupać nóżkami, machać rączkami i się kiwać w rytm muzyki, na pewno wpadnie w dobry nastrój a Ty razem z nim :) może to śmieszne, ale mnie takie dziecięce piosenki bardzo odstresowują – a przecież najważniejsze żeby to działało. Nawet miałam taka płytę z piosenkami dla dzieci – po polsku śpiewają więc można nauczyć się przy okazji słów:)
    idę zobaczyć na półce. o, już mam:
    Nazywa się „The best kids ever” 4 płyty – to się nie może znudzić :) Dziecko mojej koleżanki słuchało tego w kółko i nie dawało włączyć nic innego hehe ;)

    Polubione przez 1 osoba

    1. Kochana jesteś ❤ jak tata wraca to z pracy to pomaga. W dzien i tak jestesmy same ale córeczka jest tak za mną, ze ciężko znosi najmniejsze zmiany i obce osoby. Z czasem wyrośnie. A w nocy póki co musimy jakoś dać rade. Piosenki grają u nas😊 a te polecane zdobędę. Dzięki!

      Lubię to

  8. kurcze tak sobie myślę skoro tak zmęczona jesteś i niewyspana może ktoś by Ci mógł pomóc, nie wiem kogoś z rodziny poprosić o pomoc, żeby wzięli dziecko na trochę, a Ty byś mogła odespać? Czy może jesteś Zosia Samosia i nie lubisz prosić o pomoc? albo jakaś koleżanka co ma dziecko wzięłaby też Twoje na plac zabaw, żebyś mogła się wyspać??

    Polubione przez 1 osoba

  9. Oj wiele w tym prawdy co piszesz. Również zastanawiam sie nad tym jak ja daje radę funkcjonować czasami, mój syn jeszcze budzi sie w nocy, wiec do niego wstaję. W dzien odpukać jeszcze śpi oby jak najdłużej. Ta jego drzemka to chwila dla mnie. A życie po narodzinach dziecka zmienia sie diametralnie jak również i my. Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  10. Los bywa przewrotny, ja też nie byłam z tych co planują rodzinę i rzeczy, ale zakochałam się bez pamięci. Dziś mam wspaniałego męża, córeczkę i lada moment będę miała drugą dziewczynkę :) macierzyństwo dodaje skrzydeł :)

    Polubione przez 1 osoba

    1. no właśnie ja też podziwiam autorkę bloga, skąd czerpie siły do tej jakże wymagającej opieki nad dzieckiem (te deficyty snu !) . Też bym chciała mieć dzieci pewnego dnia, choć trochę się obawiam tej wielkiej odpowiedzialności, zawsze mam nadzieję że spotkam kogoś trochę odważniejszego, kto mnie pociągnie za sobą :) no i będzie potem realna pomocą. jeśli chodzi o dzieci jestem trochę panikarą (znowu dom rodzinny wychodzi) i bardzo się przejmuje wszystkim dlatego myślę potrzeba mi tu jakiegoś zdrowego męskiego podejścia do tematu ;)

      Polubione przez 1 osoba

      1. Uwierz mi, że dziecko wszystko zmienia w nas. O jak bardzo. Nie przewidzimy tez naszych reakcji. Jak juz dziecko się pojawia to dostajemy taki pakiet z góry i dajemy rade:)

        Lubię to

      1. ja też kiedyś tak miałam że jak zrobiłam jakiś błąd nawet nie za duży zadręczałam się potem tygodniami jeśli nie m-cami jak mogłam to zrobić, dlaczego nie uważałam bardziej itp itd. Takie podejście wyniosłam z domu rodzinnego. Ale to w ogóle nie posuwało sprawy naprzód, bo tak byłam skupiona na roztrząsaniu przeszłości, że nawet nie próbowałam znaleźć rozwiązania na tu i teraz. Teraz nauczyłam się, że co się stało to się nie odstanie, ale jeśli się naprawdę chce to każdą dziurę można załatać a pęknięte naczynie skleić… Tak więc pod Twoim ostatnim zdaniem podpisuję się obiema rękami.

        Polubione przez 1 osoba

  11. aha, to słodkie. Ja pamiętam z dzieciństwa, że zawsze jak chciałam dotknąć mamy włosów (nawet nie mówię potargać) ona krzyczała: Nie dotykaj mnie! Popsujesz mi fryzurę! Zawsze było mi smutno z tego powodu, że taką mam niedotykalską mamę i zazdrościłam innym dzieciom, które swoje matki mogły tarmosić ile chciały.

    Polubione przez 1 osoba

  12. ciekawy opis relacji z córeczką. Jak widzę nie jest lekko, ale tak to już jest, że dzieci nas zmuszają do przekraczania samych siebie i naszych słabości. Ale jestem zaskoczona że, jak piszesz, szarpie Cię za włosy i bije po twarzy… myślę że nie powinno się na to pozwalać, bo potem się nauczy że może i będzie bić inne dzieci np w przedszkolu. Zresztą Ty też nie jesteś przecież workiem treningowym.

    A czemu jesteś na odwyku kawowym? jeśli tak Ci brak kawy spróbuj zielonej herbaty, też ma działanie pobudzające. Ja jestem jej wielką zwolenniczką i piję od lat, uważam że odtruwa organizm.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Córcia tak się uspokaja jak nie może zasnąć – tarmosi mi włosy. Nie pozwalam na to, ale ciągle się zdarza. Płacze zawsze jak się oddalam. Nie ma patentu na zasypianie. Ciągle karmię i to dość często, a mając takiego Żywiołka, kawa by pogorszyła sprawę ;)

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s