Odważyłam się i poszłam.

Zaczynało się ściemniać. Widoczność z okna autokaru była co raz gorsza. Nie byłam pewna gdzie wysiąść, ale kilka wcześniej usłyszanych wskazówek wystarczyło. Zobaczyłam charakterystyczną stara bramę, przez którą autobus nie przejedzie i musiał ją omijać. Serce biło coraz mocniej. Wysiadłam sama jedna na tym przystanku i do celu miałam już tylko kilka kroków. Zobaczyłam solidne drzwi i mosiężną klamkę. Piękny mur z wielkich kamieni otaczał to miejsce. Nieśmiało złapałam za klamkę i trzymałam przez chwile. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Jakiś niesamowity pokój zalał moje serce. Pojawił się on już, gdy wjeżdżaliśmy do miasta. Teraz stał się dominujący i nic nie miało we mnie większej siły. W mgnieniu oka przypominała się historia, która mnie tu doprowadziła. Łzy radości spływały po policzkach. W końcu zamierzałam zrealizować  największe pragnienie, które kiedykolwiek pojawiło się w moim sercu. Nacisnęłam ciężką klamkę, która opornie się poddała.

Zmiany zaczęły się pół roku wcześniej. Kiedy zdając maturę, nie mogłam się zdecydować, jaki kierunek studiów obrać. Zbyt wiele mnie interesowało, ale nic na tyle mocno, bym mogła poświęcić temu życie. Nauczyciel muzyki namawiał mnie na pedagogiczne studia w tym kierunku, ale ja bardzo tego nie chciałam. Szkoła i suche fakty, a gdzie pasja, granie, śpiew, który tak kocham? Jeśli, już, to musiało być coś innego. Zaczęłam więc intensywnie szukać. „Aktor scen muzyczny” – to brzmi świetnie! W informatorze czytałam dalej – „Absolwenci mają szansę zostać etatowymi muzykami w naszym teatrze i występować na musicalowej scenie w całej Polsce”. Ooo tak ! W tym myślałam, że się mogę odnaleźć. Bardzo chciałam powiązać swoje życie z muzyka, ale nie tylko ucząc się o niej, a  potem ucząc innych, ale chciałam stać się częścią tego świata co tańczy, śpiewa, tworzy. Miałam już kilka swoich tekstów i melodii, może warto spróbować. Złożyłam podanie. Chętnych na egzaminie było dość sporo, a miejsc kilka na dział. Można było się ukierunkować, czyli pokazać swoja mocniejszą stronę. Dla jednych to był taniec, do innych śpiew. Choć wydawało się, że dobrze tańczę, to nie mogłam się równać z osobami po szkołach baletowych. Wybrałam zatem kierunek wokalny. Kiedy zobaczyłam tych wszystkich ludzi, którzy z zaangażowaniem opowiadali o swoich pasjach, marzeniach i planach, czułam, że jestem jakąś inna. I choć lubię to, to daleko mi do zapaleńca. Oni chcieli poświęcić muzyce swoje życie, a ja nie wiedziałam czy się nadaje i czy ulepiona zostałam z tej samej co oni gliny. Oni pewni siebie, piękni i zdolni. A ja ciągle jeszcze nie wierzyłam, że mogę im dorównać.

  Atmosfera na egzaminie wstępnym była świetna. Pierwszy raz wtedy grałam i śpiewałam autorską piosenkę przed więcej, niż jednoosobowa publicznością. Owszem scena od dzieciństwa była mi bliska. Liczne konkursy recytatorskie, poezja śpiewana, warsztaty, akademie szkolne. To wszystko jednak zawsze w tym samym gronie. Tu i teraz byłam zdana tylko na siebie. Stres mnie zżerał. Kolana mi tak drżały, iż miałam wrażenie, że stołek od fortepianu podskakuje razem ze mną. Na szczęście udało się dotrwać do końca. Potem jeszcze taniec do własnego układu i czkamy na wyniki. Zadzwonili do mnie po kilku dniach. Przyjęto trzy osoby na taniec i trzy na wokal – w tym mnie. Byłam bardzo zaskoczona i jednocześnie podekscytowana. W tym elitarnym gronie rozpoczęliśmy naukę. Od początku było ciężko i zaczynała się dzika rywalizacja. Codzienne dalekie dojazdy, intensywne treningi, moje nie do końca dobre zdrowie. Do tego brak wiary w siebie, niedospanie, przekonanie, że nie dam rady. To wszystko spowodowało, że dostałam zapalenia płuc, a potem oskrzeli. To oznaczało, że zostanę daleko w tyle. Każdy dzień zwłoki powodował, że nie dogonisz tych co uczęszczają regularnie. Wymagania były bardzo wysokie. Na zwolnieniu byłam prawie trzy tygodnie i moim zdaniem,  nie było już do czego wracać. To był koniec. Nie dałam rady i przegrałam. Tak bardzo bałam się porażki i krytyki. Obawa, że nie poradzę sobie z nauką, i lęk przed oceną innych skłoniły mnie do ucieczki. Wycofałam swoje papiery i  zamknęłam się w domu. Płakałam tylko. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Zagłębiałam się w swych czarnych myślach nie rozumiejąc, dlaczego nic mi nie wychodzi. Czułam się beznadziejnie. Życie przeciekało mi przez place, a ja nie miałam w sobie tej naturalnej siły by żyć, by chcieć. Nic nie chciałam. Nie widziałam dla siebie żadnego miejsca, żadnej szansy. Tylko ciemno i pusto. Szukałam przyczyny takiego stanu, ale bezradnie stwierdziłam, że taka już jestem i nie ma siły, która by to przemieniła. Ciągle płacząc, nie wychodziłam ze swojego pokoju przez kilka dni. Boże, dlaczego jest mi tak trudno? I nie chodzi tu tylko o te studia, chodzi o to, co się dzieje od tak dawna. Jakbym została zamknięta w przezroczystej kuli i nie mogła się z niej wydostać. Widzę, słyszę, ale nie mogę się przebić. Utknęłam w swoim wnętrzu, krzyczę, ale nikt mnie nie słyszy. Myślałam, że teraz coś pęknie, że się zmieni. Ale nie, demony moich myśli nie pozwalają mi nic zrobić, bym była szczęśliwa. Nie mogę ruszyć, nie potrafię tak żyć. W ogóle nie potrafię żyć !

Po kilku strasznych dniach, w których toczyłam wojnę z największym swym wrogiem czyli samą sobą i moim tzw. życiem, nagle wstałam z łóżka jakby podniesiona czymś, co trudno uchwycić i ciężko nazwać. Stanęłam na wprost mojej biblioteczki z książkami. Wyciągnęłam pierwszą, na którą spojrzałam i otworzyłam na przypadkowej stronie – zaczęłam czytać:

Jezus: Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym.. Lecz, niestety, dusza pozostaje głucha na wołanie Boże i pogrąża się jeszcze w większych ciemnościach.

Jezus woła powtórnie: Duszo, usłysz głos miłosiernego Ojca swego

Budzi się w duszy odpowiedź: Nie ma już dla mnie miłosierdzia. I wpada w jeszcze większą ciemność, w pewien rodzaj rozpaczy, który daje jej pewien przedsmak piekła i czyni ją całkowicie niezdolną do zbliżenia się do Boga.

Jezus trzeci raz mówi do duszy, lecz dusza jest głucha i ślepa, poczyna się utwierdzać w zatwardziałości i rozpaczy. Wtenczas zaczynają się niejako wysilać wnętrzności Miłosierdzia Bożego i bez żadnej współpracy duszy daje jej Bóg swą ostateczną łaskę. Jeżeli nią wzgardzi, już ją Bóg pozostawi w stanie, w jakim sama chce być na wieki. Ta łaska wychodzi z Miłosiernego Serca Jezusa i uderza swym światłem duszę, i dusza zaczyna rozumieć wysiłek Boży, ale zwrócenie [się do Boga] od niej zależy. Ona wie, że ta łaska jest dla niej ostatnia, i jeżeli okaże jedno drgnienie dobrej woli – chociażby najmniejsze – to Miłosierdzie Boże dokona reszty. (więcej)

Zamarłam. Czytałam dalej i nie mogłam się oderwać. Miałam wrażenie, że coś znalazłam, coś bezcennego. Zaczynało się robić jaśniej w moim sercu. Nigdy się tak nie czułam. Czytałam więc dalej i dalej przyciągana słowami, które znajdowałam. W końcu trafiam na kolejny fragment, który mnie poruszył:

Pragnę, aby zgromadzenie takie było.
(…) Na drugi dzień w czasie Mszy św., zaraz na początku, ujrzałam Jezusa w niewypowiedzianej piękności. Powiedział mi, że żąda, aby było zgromadzenie to jak najprędzej założone – i ty w nim żyć będziesz z towarzyszkami swymi. Duch mój będzie regułą życia waszego.(więcej)

Pomyślałam wtedy: Jeśli miałabym kiedykolwiek iść do zakonu, to tylko do tego
Zamknęłam książkę i zaczęła się modlić:
Boże, jeśli jesteś i mnie słyszysz… Pomóż mi! Pokaż, co mam robić. Jestem nieszczęśliwa i nie wiem jak sobie pomóc. Ratuj…!
Tej nocy spokojnie zasnęłam.

Następnego dnia już z dystansu, zaczęłam wspominać wczorajsze zdarzenie. Nie chciałam tego tak zostawić. To co się we mnie zadziało, to jakby wskrzeszenie umarłego. Nie rozumiałam swojego stanu i byłam tym wszystkim zaskoczona. Czy słowo może mieć taka moc? Jak to możliwe, by po przeczytaniu kilku fragmentów tekstu, wszystko się tak gwałtownie zmieniło? Dobrze wiedziałam, że nigdy nic mnie nie było w stanie wyrwać z tej pustki i ciemności. Żadne pocieszanie, mobilizacja przyjaciół, perspektywa samotności, psychologizowanie, czy rady by „wziąć się w garść, bo zmarnuję sobie życie”. Wiedziałam, że tkwi we mnie jakiś kolec powodujący tak dręczący ból, że staję się nieobecna i niezainteresowana głębiej swoim życiem. Chciałam to zrozumieć, wyjaśnić, dojść do źródła. Ponownie wzięłam do reki tą samą książkę i na ostatniej stronie znalazłam adres. Kraków, Zgromadzenie Sióstr Matki Boże Miłosierdzia. To ten sam, w którym była Św. Faustyna. Szybko zabrałam się do pisania listu z zapytaniem, o owo zgromadzenie, o którym jest mowa w Dzienniczku. Kiedy przyszła odpowiedź, byłam zdziwiona. Siostra która mi odpisała wyjaśniała, że Panu Jezusowi wcale nie chodziło o nowe zgromadzenie. Że to było pragnienie Faustyny, a kult miłosierdzia ma być na całym świecie i to jest to nowe zgromadzenie. Po obszernym liście, w który zapraszała na rekolekcje, na samym końcu dodała jednak: „ale jest taka wspólnota, która uważa się za powołaną do realizacji tego pragnienia Jezusa” i podała adres. Od razu tam napisałam i też otrzymałam zaproszenie na rekolekcje.
Co ja robię? Nie mogłam, na to wszystko co się ze mną działo, racjonalnie odpowiedzieć. Ostatnio nie chodziłam za często do kościoła, specjalnie pobożna nie byłam, owszem czasem się modliłam, ale unikałam jasnych deklaracji  i nie wszystko mi tam pasowało. Był nawet czas, gdy w ogóle zrezygnowałam.I tu nago takie coś. Chyba oszalałam! Moje uczucia były mieszanką wstydu z podekscytowaniem. Jak małe dziecko, które odkrywa dotychczas niedostępny dla niego świat. Wie, że go nie zna i nie wie, czy powinno poznawać dalej. Co będzie się z tym wiązać? Czy warto? Za bardzo się nie ujawniałam z planem jechania na rekolekcje, jednak w końcu, gdy padały pytania, co dalej zamierzam robić, coś musiałam wymyślić. Najpierw pojechałam do Krakowa.

Tutaj wszystko było takie zimne i obce. Dziewczyny, które tam spotkałam,były takie radosne, jakby zakochane i większość już miała zamiar wstąpić do klasztoru po nowym roku. Czułam się jak niepasujący element tej ich układanki. Co ja tu robię? Wszystko mnie odstraszało, a najbardziej ich zapał. Rozmawiały wieczorami tylko o jednym – kiedy wstąpią do zakonu i jak się cieszą z tego powodu.Wymieniały się doświadczeniami, pragnieniami, opowiadały o swoich rodzinach i ich reakcji ma tę decyzję.  Ja schowałam się pod kołdrę i zastanawiałam, jak stamtąd uciec. Wytrzymałam do końca, ale kiedy wracałam, to śmiałam się w głos – z siebie. Też mi się zachciało klasztoru! Z ulgą dojechałam do domu. Musiałam jeszcze odhaczyć to drugie miejsce. Tak sobie postanowiłam i chciałam to zrobić. Rekolekcje były za kilka dni, więc jeszcze zdążyłam poczytać o miejscu, do którego jechałam. To była bardzo ciekawa historia !

Faustyna widziała je w wizji. Nigdy tam nie była, tak samo jak nie powstało za jej życia zgromadzenie, a jednak dość szczegółowo je opisała. Co ciekawe, opowiadała o tym swojemu spowiednikowi zapewniając, że ma się nie martwic niczym, bo sprawa nowego zgromadzenia sama się rozwiąże. On wiec tylko modlił się za siostry, których jeszcze nie było i czekał. Kiedy zgromadzenie już zostało założone z inicjatywy dwóch młodych kobiet, po kilu latach dopiero, udał się na miejsce, gdzie zamieszkały. Nigdy wcześniej tam nie był. Kiedy zobaczył kościół i wszedł do niego, kazał zamknąć za sobą drzwi. Długo nie wychodził. Siostry zaciekawione co się dzieje podejrzały, że był bardzo wzruszony i płakał. W ołtarzu głównym tego kościoła znajduje się unikatowy witraż. Nie ma takiego w całej Polsce. Dzisiaj już wiemy z opublikowanego Dzienniczka i listów Faustyny do Ojca Michała, oraz jego osobistych wspomnień, że Faustyna opisała mu dokładnie kościół, a przy nim klasztor. A co najważniejsze, opisała ten wyjątkowy witraż. Nic dziwnego, że Ojciec Michał był wzruszony, ale i zaskoczony. Później powiedział że: Wszystko prawie, co powiedziała Faustyna odnośnie tego miejsca się sprawdziło. To miejsce było wcześniej już przygotowane dla nich. To, jak je siostry otrzymały i związane z tym perypetie, też są niezwykle ciekawe…
W każdym razie złapało mnie to wszystko za serce. Teraz już bardzo chciałam tam pojechać.

W końcu nacisnęłam klamkę i usłyszałam jak stary zamek przeskakuje. Mogłam już otworzyć ciężkie drzwi. Światła latarni oświetlały twarze ludzi, którzy wychodzili z małego kościoła. Skończyła się wieczorna Msza. Zobaczyłam garstkę sióstr. Młode uśmiechnięte dziewczyny, które rozmawiały z wychodzącymi ludźmi. Nie miałam za wiele odwagi, ale podeszłam. Zabrały mnie ze sobą na kolację. Na rekolekcjach było nas sporo. Przypominały one bardziej świetny wyjazd wypoczynkowy, z subtelną dawka humoru i odpowiednią modlitwy. Wróciłam inna niż z tych w Krakowie, zupełnie inna. Mama spojrzała mi w oczy i odnalazła w nich pokój. Mamo – powiedziałam – znalazłam swój dom ! Ona spokojnie usiadła na kanapie, a ja obok niej. Przez chwilę milczałyśmy. Potem opowiedziałam jej o tym niezwykłym miejscu. Obie już wiedziałyśmy, ale jeszcze nie pozwoliłyśmy myślom pobiec tak daleko. Daleko do miejsca, w którym ukradziono mi serce.

Potem kolejne pół roku oczekiwania i poszłam…

Poszłam do zakonu.

Reklamy

39 thoughts on “Odważyłam się i poszłam.

  1. no właśnie. też kiedyś myślałam że trudno znaleźć bratnie dusze, a teraz wiem, że je spotykamy tylko nieraz nie potrafimy rozpoznać. One czasem na pierwszy rzut oka są do nas w ogóle niepodobne! Ja staram się ufać zawsze mojej intuicji co do ludzi i muszę przyznać, że mnie nie zawodzi. Myślę że kiedy nas coś ciągnie do kogoś trzeba podejść i porozmawiać, żeby potem nie żałować straconej szansy. I trzeba słuchać głosu intuicji w sobie, która podpowiada: idź, zagadaj, odezwij się nawet jeśli się trochę obawiamy reakcji, a niektórzy z uporem godnym lepszej sprawy radzą żeby dać sobie spokój.

    Polubione przez 1 osoba

  2. no to ja się przyznam że u mnie koło łóżka też mam fragment z Dzienniczka Faustyny. O taki: „Łaski z mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest – ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką Mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że żądają wiele, bo Moim pragnieniem jest dawać wiele i to bardzo wiele. Smucę się natomiast, jeżeli dusze żądają mało, zacieśniając swe serca”. A obok obrazek Powrót syna marnotrawnego. Nie kupiłam tego, tylko dostałam w ogóle nie prosząc o to i tak mi się spodobało. Przyszło jak odpowiedź na pytania krążace w mojej głowie, bo czasem się zastanawiałam czy może za dużo chcę od życia, może to nierealne, niemożliwe itp itd…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Choć Bóg stał się człowiekiem to jednak zbyt wiele upodabniamy Go do siebie. Myślimy że zrobi to czy tamto tak jak my – po ludzku. On działa zupełnie inaczej. I tak daje bezgranicznie wiecej niż chcemy czy rozumiemy. I każdemu pragnie dawać. Czy można chcieć za dużo? Jesli pragniesz dobra, to go nigdy za wiele. Wyciśnij z życia co najlepsze!

      Lubię to

  3. Wow… Gdy rozpoczęłam czytać, nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji. Pisałaś o muzyce, o pasji, myślę sobie „Jejku, bratnia dusza”, bo ja tak samo nie miałam pomysłu na siebie idąc na studia. Poszłam na studia matematyczne, a dodatkowo zostałam przyjęta do klasy wokalnej w Szkole Muzycznej. Czytam dalej, piszesz o chorobie, depresji, wymyślam już na przód dalszy ciąg historii, gdy nagle zaczynasz pisać zgromadzeniu sióstr, o św. Faustynie, a w mojej głowie „Kurcze, kolejny zbieg okoliczności, właśnie czytam Dzienniczek św. Faustyny”. Każde kolejne słowo pochłaniałam w otwartą buzią. Niesamowite, bo oczarowałaś mnie tym tekstem tak, ze nie mogłam się powstrzymać, by przeczytać koleje. A w moim serduszku zapaliłaś pewną iskierkę sympatii do tego bloga i Twojej osobowości. Pięknie! Myślę, że to nie ostatnia moja wizyta u Ciebie. A nawet jestem tego pewna.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jakże Ci jestem wdzięczna za Twoje słowa😚 Kiedy zakładałam bloga miałam nadzieję, że trafi – moja historia – choćby do jednej osoby. Może wzruszy, da nadzieję, coś przemieni. Myślę, że jak Bóg stwarzał każdego z nas, to rozsypał nas po świecie jak perły. Czasem dane jest nam sie odnaleźć. Spotkać bratnią duszę ❤ Zatem rozgość się tutaj. Będę czekać na każdy znak od Ciebie. Buźka 😋

      Lubię to

    1. Dużo emocji, bo autorka postu dużo trudnych zdarzeń przeżyła. Myślę, że dobrze jest przyglądać się temu, co w nas siedzi, wyciągać te niechciane, zepchnięte w kąt emocje, bo tylko wtedy mamy szansę je przepracować. Niektórzy mówią: daj spokój, starczy już, przestań wałkować ten temat, ale ja uważam że to cenna inicjatywa taki blog i dobrze jest to kontynuować. Trzeba wyciągać te tasiemce, żeby przestały nas zżerać od środka. Tak piszę, bo Magdalena coś się nie odzywa ostatnio i się martwię trochę, co tam się u niej dzieje… Magdaleno daj znak życia i opublikuj coś, bo wierni czytelnicy Twojego bloga czekają z niecierpliwością :)

      Polubione przez 1 osoba

      1. Dziękuję Ci wierny czytelniku :) Postaram się publikować jeden post na tydzień, jakieś drobiazgi codzienne na face. Tyle póki co mogę, bo czasu na więcej nie mam;) Ale pisać nie przestanę :)

        Lubię to

  4. Żeby tak chodzić co niedzielę coś lub ktoś musi nas tam przyciągnąć…
    Ogólnie powołanie do zakonu to interesujący temat. Czytałam raz świetny reportaż o dziewczynach, które poczuły coś takiego. Otoczenie w ogóle ich nie rozumiało, uważało, ze oszalały albo że to początek choroby psychicznej. Rodzina robiła wyrzuty, szantażowała, za wszelką cenę prośbą i groźbą usiłowała wybić im to z głowy. A one swoje – że usłyszały głos Jezusa, który im mówi: Pójdź za mną. I to było tak silne, że postanowiły rzucić wszystko i posłuchać tego głosu…
    Ciekawy reportaż, można go znaleźć, jak się wpisze w google „Inny welon”

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mamy w sobie ogromne poczucie i dążenie do wolności. Nic i nikt nas nie przymusi do czegoś, czego nie chcemy. No chyba że strachem i siłą. Jedynie coś tak mocnego, jakieś silne doświadczenie, przekonanie powoduje, że wybieramy taką a nie inna rzecz. Jesli chodź o powołanie to -tak- istnieje. Myślę, że go doświadczyłam, po coś… To często całkowita zmiana opcji widzenia, siła, z która nic sie nie równa. Nagle Bóg daleki wkracza i staje sie tak bliski, że choćby inni mówili co innego, to ty wiesz już, że to wszystko przemieni w tobie.

      Lubię to

  5. Tak mnie jakoś uderzył ten kawałek na początku. Nic się nie martw, każdy z nas ma nieraz takie myśli – jestem inny, nie pasuję tu, nie nadaję się do tego, innym wszystko wychodzi, a mi nic.
    Ale tak naprawdę te wszystkie słabości czynią nas właśnie ludźmi. Nie jesteśmy perfekcyjni i idealni – i bardzo dobrze, bo nie jesteśmy robotami. Mamy swoje dziwactwa, obawy, czegoś nie lubimy, czegoś nie potrafimy – i tak ma właśnie być, bo stuprocentowy perfekcjonizm to straszna nuda ;)

    Nieraz zakładamy oczywiście maski na twarz i udajemy chodzące ideały, ale to zawsze kosztuje bardzo dużo sił tak trzymać fason, poza tym jak coś się sypie, a my nie damy tego po sobie poznać, to nie dajemy innym szansy, żeby nam pomogli. Może by z chęcią wyciągnęli pomocną dłoń, no ale na pewno nie do kogoś, kto, jak twierdzi, nie ma żadnych problemów. Kto o nic nie prosi ten niczego nie dostaje – jak ja się z tym zgadzam ! :)

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s